[Sri Lanka – wrzesien 2003]
Jak moze juz wiecie, buddysci swietuja pelnie ksiazyca (
poya). Jest to zwiazane z zyciem Buddy, ktory urodzil sie w dniu pelni, doznal oswiecenia (stajac sie z ksiecia
Sidharty Budda, czyli "oswieconym") oraz umarl podczas pelni. Z kazda pelnia zwiazany jest jakis epizod z zycia Sidharty – Buddy lub wiaze sie historia buddyzmu na Sri Lance. Pelnia jest dniem wolnym od pracy i nie mozna sprzeawac alkoholu.
Obchody zwiazane z lipcowo - sierpniowa pelnia (lankijski miesiac "
Esala") sa szczegolnie barwnie obchodzone w Kandy. Esala poya upamietnia przywiezienie na Sri Lanke najcenniejszego tutejszego reliktu – zebu Buddy. Swietosc ta przechowywana jest wlasnie w Kandy, w... Swiatyni Zeba (The Temple of the Tooth lub
Dalada Maligawa). Kandy, zwane lokalnie
Maha Nuwara (Wielkie Miasto) jest drugim, co do wielkosci miastem na Sri Lance. Polozone 500 m n.p.m., ma klimat ma nieco lagodniejszy niz tereny nizinne. Otoczone wzgorzami, blisko gor - piekne miejsce. Jest to tez ostatnia stolica i miejsce oporu Syngalezow przed kolonizatorami. Cejlon byl podbijany kolejno przez Portugalczykow - od XVI w., Holendrow, a od XIX w. Przez Brytyjczykow. Kandy bylo ostatnim miejscem na Wyspie, ktore zostalo podbite i to, czego nie dokonali Portugalczycy ani Holendrzy, udalo sie Brytyjczykom. W zwiazku z tak dlugim oporem Kandyjczycy lekko "zadzieraja nosa" i sa bardzo dumni ze swojego pochdzenia.
Ze względu na zab Buddy, Kandy jest szczegolnym miejscem dla Lankijczykow-buddystow. Tak do konca to nie wiadomo czy jest to faktycznie jego zab czy kopia, ale wazniejsze chyba to, w co ludzie wierza niz to, co tam rzeczywiscie sie znajduje.
Kazda (jak mi mowiono) swiatynia raz do roku organizuje cos, co sie nazywa "
Perehera" - jest to swoista procesja - parada. W zaleznosci od zamoaznosci swiatyni bywa mniejsza lub wieksza. Szczegolne emocje wsrod publicznosci budza uczestniczace w wydarzeniu slonie. Jeden, dwa czy trzy „okazy” to juz powod do wylegania na ulice. Bez sloni tez jest to wydarzenie. Kandy Esala Perehera jest najwiekszym tego typu wydarzeniem na Sri Lance. Trwa 10 dni - co wieczor jest parada, az do kulminacyjnego wieczoru, kiedy jest pelnia. Ale zacznijmy od poczatku....
Jako, ze czesc aiesecowcow pochodzi spoza Colombo, co jakis cza mamy calkiem mile wycieczki. Ogladanie Perehery w Kandy zorganizowane bylo wlasnie przez Sapumala – chlopaka, ktory stamtad pochodzi. W ogole jest to przedstawiciel jednej z wyzszych kast, a w jego rodzinie bardzo szanuje sie tradycjyne wartosci. Z praktycznego punktu widzenia najwazniejsze okazało sie jednak to, ze jego ojciec byl wysoko postawionym funkcjonariuszem policji.
Pelnia ksiezyca, czyli "
poya day" wypadala 11 sierpnia - w poniedzialek. W zwiazu z tym wyjazd do Kandy zaplanowalismy na sobote rano... tak jak wszyscy na Sri Lance. Kolejka do autobusu do Kandy budzilaby przerazenie chyba nawet wsrod osob zaprawionych w kolejkowych bojach z czasow Polski-z-orlem-bez-korony. No ale co robic, stanelismy grzecznie w kolejce. Po godzinie sie nam znudzilo i zaczelismy kombinowac... i wykombinowalismy. Udalo sie nam wynajac autobus, ktory na glowe wyszedl mniej wiecej tyle co „normalny” kurs, a do tego nie bylo tloku. Oprocz praktykantow i lokalnych aiesecowcow zabralo sie z nami pare osob, ale tylko po to, zeby zapelnic miejsca i podzielic koszt na wiecej osob. Oczywiscie pomysl wynajmowania autobusu, ktory za ilestam czasu mial miec normalny kurs nie jest najlegalniejszy.
Po 4-5 godzianch dotarlismy na miejsce. Chociaz odleglosci na Sri Lance nie sa duze, ogolnie trzeba liczyc, ze podrozuje sie po kraju ze srednia predkoscia 20 - 30 km/h.
Dotarlismy do Kandy i udalismy sie do miejsca, gdzie mielismy zapewniony nocleg. Po drodze minelismy kontrole osobista - w 1998 zamachowiec zdetonowal bombe przy wejsciu do Swiatyni. Ciekawe, ze sprawdzaja przechodniow, ale samochodow juz nie...
Po dotarciu na miejsce rozpakowalismy sie nieco, skorzystalismy z prysznica i ruszylismy zobaczyc Swiatynie i zajac miejsca, z ktorych mielismy ogladac Perehere. Nieoceniony okazal sie ojciec organizatora wycieczki. Szedl dumnie pierwszy a za nim polbiegiem podazala grupa cudzoziemsko-lankijska. Oczywiscie wszedzie bez dyskusji (prawie bez dyskusji) moglismy dzieki jego obecnosci wejsc. Gdy usilowano pobrac od nas oplate za wejscie do Swiatyni, to obstawil kogo trzeba i nie placilismy nic. Jesli by szukac porownan, to, jesli chodzi o atmosfere, Kandy ma w sobie cos z Czestochowy ze wzgledu na kwestie religijne. Duma z bycia mieszkancem Kandy przypomina nieco postawe "krakusow".
Po zwiedzeniu Swiatyni poszlismy do miejsca, skad mielismy ogladac cale wydarzenie. Nasze miejsca zajelismy na 2godziny przed rozpoczeciem widowiska. Usytuowani bylismy zaraz obok lozy w ktorej siedzieli mnisi (a na Sri Lance mnich to prawie swiety - zawsze ustepuje mu sie miejsca w autobusie, wszystko ma zagwarantowane w pierwszej kolejnosci, etc). Gdyby nie to, ze miejsca dla nas byly "zarezerwowane", to zeby siedziec w punkcie, w ktorym sie znajdowalismy musielbysmy tam byc kilka, duuuuuzo wczesniej. W dniu pelni, w dobrych punktach (czyli takich jak ten, ktory mielismy) ludzie czekaja 10 - 12 godzin, a niektorzy rozkladaja mate i koczuja nawet na dobe przed!. Swietny interes na punktach obserwacyjnych robia ludzie, ktorzy maja szczescie byc posiadaczami domow lezacych przy trasie Perehery.
Po dwoch godzinach oczekiwania w koncu sie zaczelo. Caly korowod otwieral... policyjny samochod. Dalej bylo juz bardziej egzotycznie. Najpierw panowie strzelajacy z biczy. Kilka krokow, seria strzalow z bicza, ludzie rzucaja monety, kilka krokow, strzaly z biczy, monety, etc. Trasa liczy kilka ladnych kilometrow, wiec mozna zebrac nieco kasy, z drugiej srony - jako, ze sa to monety, to musi to troche wazyc... Kolejna grupa osob, to ci, ktorzy zajmowali sie oswietleniem trasy. Obok swiatel ulicznych co kilka metrow rozpalone byly male ogniska z lupin kokosow (Sri Lanka bez kokosow chyba by nie mogla istniec, ale to temat na oddzielna historie) o ktore trzeba dbac. "Ogniowcy" ubrani byli na czarno, z czerwonym czyms a la turban na glowie - odsloniete mieli tylko oczy, ze wzgledu na fakt, ze te lupiny strasznie kopca. Dalej zonglerze ogniem - chyba jeden z najbardziej spektakularnych momentow. Czesc miala obrecze (metalowe - wiec ciezkie) z osmioma plonacymi punktami na obwodzie. Co jakis czas wirujaca konstrukcja byla podrzucana do gory na kilka metrow i lapana. Czesc osob miala przyczepione do glowy 1,5 - 2 metrowe liny na koncach ktorych znajdowaly sie plonace kokosy. Robilo to ogromne wrazenie wraznie przede wszystkim dlatego, ze lin w mroku nie bylo widac. Widoczne byly kule ognia orbitujace wokol tych osob. Potem, w procesji reprezentowane byly rozne swiatynie. Pochod kazdej reprezentacji skladal sie z kilku czesci: najpierw tancerze typowi dla Kandy (kandyan dancers) - ubrani w lokalne zbroje, niektorzy z bebnami, dalej pod wielkim "parasolem" glowna "szycha" z danej swiatyni - ubrana w tradycyjny stroj. Na koncu slon niosacy relikty z danej swiatyni. W Pereherze, ktora ogladalismy reprezentowaych bylo lacznie 12 swiatyn. Slonie - a jak! - takze maja swoj stroj. Przebrany zwierz z daleka wyglada jak wielka chodzaca pisanka - stroj uszyty jest z placht materialow, dekorowany roznymi cudaami, lacznie z... lampkami. Oczywiscie najbarwniej przystrojony jest slon niosoacy zab Buddy. Sam zab jest niesiony tylko w dzien pelni, w pozostale dni jest niesiona tylko kopia. Jak pisalem wczesniej 4 - 5 sloni to juz wydarzenie podczas "zwyklej" perehery. Kandy perehera liczyla... 67 sloni. Wiem, bo sam liczylem - po syngalezku!
Po „przedstawieniu” wrocilismy do siebie. Bylo juz dobrze po polnocy, gdzyz cala impreza zaczela sie okolo 9, trwala ponad 2 godziny, a jako, ze miejsce w ktorym spalismy bylo w okolicach konca trasy Perehery (mysmy siedzieli na poczatku) musielismy i tak zaczekac az korowod sie skonczy.
Nastepnego dnia mielismy wycieczke wokol Kandy. Podczas zwiedzania jednej z 3 buddyjskich swiatyn Lankijczyk poszedl zapytac kogos o wiek budowli. Wraca i ze skwaszona mina oznajmia –
eee, nie jest taka stara, TYLKO 800 lat...Potem pojechalismy do ogrodu botanicznego Peradeniya - najwiekszego na Sri Lance - bardzo ladne miejsce! Policyjne kontakty znowu sie przydaly - wycieczke odbywalismy nieoznakowanym vanem policyjnym za ktory nie musielismy placic. Po powrocie - okolo 15 - 16 poszlismy jeszcze obejrzec przygotowania do wieczornej perehery. Buddyzm wlasciwie nie jest religia - nie ma boga, tylko pewne zasady, wierzenia, ceremonialy. Hindiuzm z kolei, jest religia, ktora ma wielu bogow (330 miliow), ktorzy sa manifestacja jednego boga (nadboga?). Lokalne mieszanie sie religii powoduje na przyklad, ze chrzescijanie - w razie potrzeby - czcza jakiegos hinduskiego boga czy buddysci inkorporuja jakies bostwa do swoich potrzeb. Jednym z popularniejszych hinduskich bogow przejetych przez buddystow jest
Katragama, podrozujacy na pawiu majacy 6 twarzy. Przygotowania, ktore widzielismy byly wlasnie w swiatyni poswieconej temu bogu. Jako, ze ogladane przygotwania byly dosyc pozno, a ulice byly juz zamkniete, znowu skorzystalismy z policyjnych ukladow...
Za drugim razem ogladalismy Perehere z balkonu naszego budynku - musze przyznac, ze bylo to wygodniejsze i nie wymagalo 2 godzinnego czekania. Wlasnie drugiego dnia "zmuszono" mnie do wspomnianego liczenia 67 sloni.
Przed polnoca poszlismy jescze do swiatyni na jednym ze wzgorz wokol Kandy – mielismy widok na cale miasto i generalnie panowala bardzo relaksujaca atmosfera.
Kolejna rzecz, ktora moze szokowac (i szokuje) Europejczykow to wszechobecne... swastyki. Jest to buddyjski oraz hinduski symbol slonca / szczescia i ma takze znaczenie w tradycji leczniczej - ayurwedzie. Europejskie doswiadczenia z II wojy swiatowej maja jednak wplyw na zupelnie inne postrzeganie tego symbolu przez turystow...
3 dzien pobytu w Kandy przypadal juz na sam dzien pelni. Postanowilismy ze nie bedziemy juz po raz trzeci ogladac perehery i wracamy wczesniej do Colombo, zeby uniknac korkow. Nasze plany zostaly nieco pokrzyzowane i sam wyjazd opoznil sie o kilka godzin... Miejsce w ktorym nocowalismy to byla sala konferencyjna, gdzie spalismy na podlodze na matach. Najgorszym elementem tego pomieszczenia bylo to, ze nie mialo ... drzwi, wiec teoretycznie inne osoby, ktore byly w budynku mogly sie do nas dostac. No i... dostaly sie. Rano okazalo sie, ze aparat Tomka- praktykanta z Polski wyparowal. Poszukiwania zdaly sie na nic. W drodze powrotnej zatrzymalismy sie przy posterunku policji, zeby zglosic kradziez, co mialo zabrac 20 minut. Trwalo 3 godziny, ale mozna sie bylo spodziewac. Pozniejsze losy zgloszenia byly dosyc ciekawe. Samego aparatu do dzis nie udalo sie odnalezc mimo policyjnych kontaktow, ale... chyba, zeby pokazac przed ojcem naszego kolegi, ze cos sie dzieje, albo nam pokazac, ze cos sie dzieje - aresztowano 3 osoby z obslugi tego miesjca, gdzie nocowalismy. Jeden z aresztowanych po "przesluchaniu" wyladowal w szpitalu...
Na posterunek nie poszli wszyscy - czesc z nas czekala w vanie. Obok mielismy rynek z owocami, wiec po pierwszej polgodzinie czekania co chwile mielismy wycieczki po rozne owoce. Najwieksza furore zrobily ananasy. Za 1 zl mozna bylo kupic spory owoc, obrany i gotowy do konsumpcji. Chyba pierwszy raz w życiu mialem dosc ananasow...
Do Colombo wrocilismy juz bez przygod....
Tydzien pozniej udalismy sie do Jaffny - maista na polnocy wyspy na terenach tamilskich, do 2002 roku calkowicie odciete od reszty wyspy, do którego podrozowanie bylo niebezpieczne i zwyczajnie niemozliwe... ale o tym w nastepnym poscie.