Sunday, July 30, 2006

There is no business like showbusiness (Sri Lanka - c.d.)

[Sri Lanka 05.08.03]

Pora na kolejne wieści z - jak to ktoś ładnie określił - Herbaciarni.

Skoro Herbaciarnia, to wypadałoby zacząć od samej herbaty. Jak pewnie wiecie - Sri Lanka słynie z uprawy tego krzewu i bardzo możliwe, że to, co pijecie pochodzi właśnie stąd. Jako, że jest to tutaj napoj narodowy, a kawy pije się stosunkowo niewiele, a i to raczej w formie kawy mrozonej niz wrzatku, to to, co u nas zwiemy "coffee breakami" - tudzież "przerwami kawowymi", na Sri Lance nosi nazwę "tea break" - "przerwa herbaciana".

To, co my znamy jako napój zwany herbatą, różni się jednak od tego, co tu uważa się za herbatę. Po pierwsze, pije się tutaj zazwyczaj BAAAARDZO słodką i do tego z mlekiem. "Naszą" herbatę też tu można oczywiście wypić, tylko trzeba zaznaczyć, że chce się tzw. "plain tea", czyli herbatę bez mleka. Jeśli chcemy także bez cukru, należy to dodatkowo podkreślić.
Słowniczek zwrotów przydatnych przy zamawianiu herbaty (czyta się tak jak napisane, chyba, że jest napisane inaczej ;-):
- te (e przedłużone) / tea eka - herbata
- plain tea - herbata bez mleka
- kiri epa - bez mleka
- sini epa - bez cukru
- kiri epa, cini epa - bez mleka i bez cukru
- in-guru te - herbata z imbirem (podawana jest zazwyczaj standardowo bez mleka, ale z cukrem)
- ... denne - poproszę o... (dosłownie: daj...)

Najciekawszą rzeczą dotyczącą herbaty i Sri Lanki jest to, że plantacje krzewów herbacianych zasadzono tu przez przypadek, z desperacji i dopiero w II połowie XIX wieku. A wszystko dlatego, że wcześniej uprawiana tu roślina - kawa - została zaatakowana przez pasożyty, robaki, czy co tam kawę atakuje...

Nie tylko herbata ma tu intensywnie słodki smak. Wszystko jest tu intensywne. Ciastka w cukierni - niektórych rozbolałyby zęby już na sam widok. Jak potrawy są pikantne, to są PIKANTNE. Intensywny jest też - wspominany już - ruch lewostronny. Tak sobie myślę, że niewielka przestrześ osobista, jaką mają tutejsi obywatele daje się tak samo obserwować w ruchu ulicznym. Odleglości w jakich jadą obok siebie lub mijają samochody i inne pojazdy, przyprawiłyby większość naszych kierowców o palpitacje serca. Czasami można te odległości mierzyć dosłownie w milimetrach...

Co ciekawe (dla niektorych bardziej, dla niektorych wręcz przeciwnie), niewielka prezestrzeń osobista objawia się tu właściwie między osobnikami płci tej samej. Normalnym jest, że faceci się obejmują czy idą trzymając się za ręce i nie ma to w żadnej mierze aspektu seksualnego. Za to fizyczny kontakt między chłopakiem i dziewczyną to tu poważna sprawa. Wszelkiego rodzaju publiczne całowania są niedozwlone, a i trzymanie się za ręce jest już wydarzeniem. Do tego można dorzucić, że rodzice wymagają, zeby 20-paru-letnia dziewczyna wracala do domu o... 20.00 (!) I wraca....

Teraz może trochę o wydarzeniach kulturalno - krajoznawczych. Ubiegły weekend to moja pierwsza większa wyprawa poza Colombo (nie licząc plaży). Ja, drugi Polak, 2 Kanadyjczyków, Słowenka i Norweg wybraliśmy się na wycieczkę do Sigirii. Jest to niesamowicie ciekawe miejsce. Na srodku równiny wyrasta z ziemi 200-metrowej wysokości skała. Nie jest to twór, który ma coś, co można nazwać zboczami, czy skałami, jest to raczej sześcian z prawie pionowymi scianami i płaskim szcztem.
Wchodzi sie na górę po metalowych schodach zbudowanych w latach 30-tych XX wieku, które mogą przyprawić o zawroty głowy – mnie przyprawiły!

Na skale, w V w. n.e., jeden z władców - Kasyapa - wybudował fortecę. Z dwupiętrowego budynku, do którego na szczyt skały doprowadzano ieżącą wodę, do dziś przetrwały jedynie fundamenty. W skale, poniżej szczytu znajdowały sie miejsca dla strażnikow. Były to niewielkie "półki" skalne, których cechą charakterystyczną było to, że nie były płaskie, co powodowało, że taki strażnik - albo czuwał i się utrzymywał, dosłownie i w przenośni, na stanowisku - albo zasypiał i... spadał w przepaść. Sigiriya to także miejsce, gdzie znajdują się najbardziej znane lankijskie malowidła naskalne. Jeśli kiedyś zobaczycie jakiekolwiek zdjęcia tego typu sztuki ze SL - pochodzą właśnie z Sigirii. Ale S. to nie tylko skala i to, co na niej ale też kilkanaście hektarow wokół (głównie - oczywiscie ruiny, w postaci fundamentów). Jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że w czasach, kiedy to wszystko powstawalo nasi przodkowie biegali po lasach w skórach i mieszkali w szałasach - robi to jeszcze większe wrażenie.

Po drodze do Sigirii zatrzymaliśmy się na noc w miejscowości Dambulla, którą zwiedziliśmy w drodze powrotnej. Spaliśmy w "Oasis - Tourist Welfare Center" - jeśli kiedyś tam będziecie, zaprzyjaźnijcie się z Edmunem (pisnownia prawidłowa) - właścicielem - najlepiej uczynić to z użyciem araku lub innych trunków.

W Dambulla do zobaczenia jest właściwie jedna atrakcja - skalna świątynia, a właściwie kompleks światyń buddyjskich umieszczonych pod nawisem skalnym. Z przodu dobudowano ścianę i już. W środku posągi Buddy - siedzącego, leżącego lub umierającego. Jak mi powiedziano - różnica pomiędzy Buddą śpiącym a umierającym jest taka, że umierający ma stopy przesunięte względem siebie, a śpiący ma je ułożone równo. Co ciekawe - śpiący Budda ma otwarte oczy. Pamiętajcie, żeby bilety kupić przed wspięciem się na skałę. Kasa jest na dole a strażnicy na górze nieprzekupni. Zapominalscy mogą wrócić (kto nie ma w głowie, ten ma w nogach?) lub skorzystać z usług "gońca", który za parę rupii pokona drogę na dół i z powrotem z uśmiechem na twarzy.

Poniżej świątyni skalnej znajduje się "normalna" świątynia buddyjska z największym na świecie posągiem Buddy siedzącym w jakiejśtam pozycji - posąg ma kolor złoty i wysokość 6 - 7 pieter.

Dambulla znajduje sie 4 h jazdy autobusem od Colombo. Dystans nie jest duży - to zaledwie 160 km, ale tutejsze drogi i styl jazdy nie pozwalają na szybsze podróżowanie.

Drugie z wydarzeń, o którym warto wspomnieć, to święto hinduistyczne, ale zanim o samym święcie - nieco wprowadzenia. Sri Lanka to pańswo buddyjskie (buddyzm jest wymieniany jako religia państwowa w konstytucji) zamieszkałe w ponad 70 % przez Syngalezów. Druga, co do wielkości, grupa etniczna to Tamilowie, którzy przybyli na SL w 2 turach - 2 000 lat temu (Tamilowie lankijscy) i w XIX wieku (Tamilowie indyjscy, których przywieźli Brytyjczycy do pracy przy uprawie herbaty). Tamilskei Tygrysy rekrutują soę głównie z tych z 1szej tury. Tamilowie, pochodzący z Indii to hinduiści lub chrześcijanie. Jako, że Tamilowie lankijscy to dawni wojownicy, a więc kasty wysokie, a Tamilowie indyjscy to robotnicy, czyli kasty niskie, jedni z drugimi nie chcą mieć zbyt wiele wspólnego.

Co ciekawe, a może raczej smutne - mimo, że Syngalezi, Tamilowie, chrzescijanie, muzułmanie żyją obok siebie, pracują ze sobą; mimo, że przy ulicach stoją posągi Buddy, Chrystusa lub bóstw hinduskich, wszystkie te grupy bardzo mało wiedzą o sobie na wzajem, o swoich zwyczajach i tradycjach. W sobotę - własciwie przez przypadek - udało nam się zobaczyć BARDZO ciekawe święto hinduistyczne. AIESECowcy - syngalezi, którzy byli z nami, sami widzieli je po raz pierwszy. Co więcej, część koleżanek pochodzących ze Sri Lanki była chyba bardziej zaszokowana niż my - cudzoziemcy... ale o co chodzi?

Co roku, każda świątynia hinduistyczna (buddyjska też, ale to zupełnie inna historia) orgranizuje procesję. Procesja to okazja do podziękowania bóstwom za spełnienie próśb i wysłuchanie modlitw... Procesja zaczyna się rano - około 6 i wędruje ulicami miasta. Finał następuje po południu - tam, gdzie myśmy byli - okolo 16. Na czele Hindusi ciągną na dwóch linach wielkie powozy (ratha). Są one bardzo kolorowe, a wykonane z rzeźbionego drewna. Moje skojarzenie to dynia z „Kopciuszka” - ze względu na kształt. Ratha ma wysokość 4 - 5 metrów. Powóz ciągnięty jest przez grupę mężczyzn - 1-sza lina i grupę kobiet - 2-ga lina. W samym powozie jedzie kilu (chyba) kapłanów. Kiedy procesja kończy bieg przed każdym z powozów ludzie rozbijają orzechy kokosowe jako dary dla bogów.

Między powozami idą pielgrzymi. I teraz zaczyna się ciekawa część... jako dziękczynienie za spełnienie modlitw wykonuje się tu np... udział w pielgrzymce polegający na turlaniu się po ziemi wzdłuż całej trasy. Brało w tym udzial kilku mężczyzn - było to coś na co wszyscy zwracali uwagę - polewano przed nimi asfalt wodą, na łokciach i kolanach mieli ochraniacze. Było też kilka kobiet - ale nimi nikt nie zawracał sobie specjalnie głowy - po prostu ubłocone sari, do tego kilka innych kobiet pomagających sie turlać. Na samym końcu procesji turlał się młody chłopak - może 15 - 17 lat –jeszcze nie uznany za mężczyznę, ale już nie wypada mu dołączać do kobiet?

Oprócz "turlających się", część mężczyzn - wszystko w ramach dziękczynienia - miało skóre na plecach poprzebijaną hakami. Do haków przyczepione były linki, które trzymała inna osoba. Każdy z "przekłutych" szedł tańcząc ekstatycznie czy wręcz wyrywając się i poddając, co powodowało, że skóra bylła bardzo naciągnięta. Jak nam powiedziano - to balansowanie pozwala nie odczuwać bólu. Mimo przekłucia skóry nie było żadnej krwi.

Ale poprzekłuwane plecy, to jeszcze nic... Niektrzy pielgrzymi miały poprzebijane policzki - taki drut, który wchodzi jednym policzkiem a wychodzi drugim. Też bezkrwawe.

To, że uczestnicy procesji byli "prowadzeni" na linach z hakami to jeszcze nic... Jechało w ramach procesji kilka ciężarówek, które miały przymocowany specjalny drąg wystający na o.k. 2,5 m przed kabiną kierowcy. Na drągach zaczepieni poziomo, zwisali na hakach kolejni pielgrzymi. Wystarczy 10 miejsc przekłucia skóry, żeby utrzymać bez żadnej innej pomocy dorosłego mężczyznę.

Z różnego rodzaju hakami w ciele w procesji wzięło udział kilkanaście osób. I ciągle trzeba pamiętać, że to wszystko nie było karą ani samoumartwianiem się, ale sposobem wyrażenie wdzięczności za spełnione modlitwy. Chyba to jest najtrudniejsze do zrozumienia (zaakceptowania?) dla przedstawiciela zachodniej kultury - że takie ceremonie nie są karą.

Jeśli już o tym, co trudne do zaakceptowania - biali ludzie są tu zazwyczaj witani zdaniami typu - "witaj przyjacielu, skąd jesteś?". Na początku jest to naprawdę miłe i z uporem godnym lepszej sprawy tłumaczy się „Poland... No, NOT Holland, closer to Russia… blah, blah”. Ale po miesiącu robi się to już... lekko mówiąc – irytujące. Odpowiedź, ktorą od paru dni udzielam na tego tupy pytania to: "I'm from Colombo!". I jest to odpowiedź, najtrudniejsza do zrozumienia dla tubylców. Podejrzewam, że prędzej uwierzyliby w spotkanie z Marsjaninem niż w to, że biały może "pochodzić" z Colombo...

Pobyt tu to nie tylko inna kultura. To także ciekawe możliwości. Możliwości wynikające z faktu bycia... białym. Jak to okresliła Kanadyjka - na Sri Lance "It's funny to be white" - i to chyba oddaje istotę sprawy. Bo z jednej strony - mimo wszystko większy szacunek, a z drugiej - oszukują na cenach jak mogą....Z jednej strony "hello my friend", z drugiej bywa, że nie można się zupełnie porozumieć, ale cóż...

Inny przejaw tutejszego "rasizmu" to moja ostatnia wizyta na lotnisku, z którego odbieraliśmy 3 Japonki. Parę lat temu Tamilksie Tygrysy przypuściły atak na lotnisko, czyniąc duże straty, więc jest to obiekt intensywnie chroniony. Są policyjne blokady przed wjazdem i sprawdzanie wszelkich większych (i mniejszych) pojazdów... ale biała osoba wewnątrz to właściwie gwarancja, że taki samochód może jechać bez kontroli. Do tego nie można tutaj wejść do poczekalni w hali przylotów, chyba, że za opłatą. Nie dość tego, że nie można wejść - trzeba czekać w specjalnej strefie, która jest kilkadziesiąt metrów od wyjścia. Oczywiście można próbować pochpdzić bliżej wyjścia, ale tubylcy są proszeni przez policję o wracanie na miejsce. Chwilę później znowu próbują, znowu są wyganiani i tak przez cały czas. W strefie między wyjściem, a „bezpłatną poczekalnią” przebywać mogą właściwie tylko przylatujący, którzy pakują się do taksówek. No i ... biali. W tej strefie, z której po 5 minutach wyrzucili wszystkich lokalnych aiesecowców mogłem sobie swobodnie łazić (bez udawania, że właśnie przyleciałem) nie niepokojony przez nikogo...

Wracajac do sedna sprawy i wytłumaczenia tematu "there is no business like showbusiness". Na Sri Lance kręcony jest właśnie film o Matce Teresie z Kalkuty. Robią go Włosi, więc miejmy nadzieję (właściwie to głównie ja mam nadzieję), że pokażą go prędzej czy później też w Polsce. Do filmu potrzebni byli biali statyści, więc... To ciekawe doświadczenie zobaczyć jak wygląda kręcenie filmu. Naciekawsze jest to, że kilkuminutowa (2 - 3 min) scena kręcona bywa przez cały dzień. Powtórki, więcej powtórek, inne ujęcia, powtórki innego ujęcia, powtórka wcześniejszego ujęcia, itd. Najwięcej radości dostarczyły jednak kostiumy - tym bardziej, że część akcji, do ktorej potrzebni byliśmy jako statyści to lata 50-te. Oprócz walorów poznawczo – przygodowych, udział w filmie to też:
- lepsze jedzenie za darmo (zazwyczaj szwedzki bufet)
- 40 USD za dzień - to 1/3 mojej miesięcznej pensji, więc naprawdę się opłaca!

(dopisek z 30 lipca ’06): Czyż życie nie bywa zabawne? Trzy lata po „występie” w filmie, którego akcja działa się w Kalkucie, mieszkam w prawdziwej Kalkucie. A ha, film był pokazywany w Polsce na Boże Narodzenie ’05. Tylko i wyłącznie statyści ratują tę produkcję. Kiedyś może napiszę jakąś recenzję...

Saturday, July 29, 2006

Sri Lanka - początek

[Sri Lanka - czerwiec 2003]

Witam!
Piszę to we czwartek (12 czerwca 2003), po 2 dniach spędzonych w Colombo. Ciekawe kiedy to czytacie, bo na razie nie mam dostępu do Internetu, ale mam nadzieje, że się to szybko zmieni.


Podróż. To chyba dobrze (przynajmniej z mojego punktu widzenia), ale właściwie nie mam o czym pisać. Warszawa => Wiedeń, 2,5 h czekania => Colombo. Na docelowym lotnisku też bez problemu. Tylko na walizkę poczekałem chyba ze 40 minut, ale w końcu się pojawił (gdy już zastanawiałem się, gdzie zgłasza się zagubienie bagażu).


Pogoda. Pierwszy haust powietrza to lekkie zdziwienie. Weźcie haust pary znad czajnika i będziecie wiedzieć o co chodzi. Ale po kilku sekundach się przyzwyczajasz. Wrażenie powraca, kiedy wyjdzie się z klimatyzowanego wnętrza.

Na razie nie padało (nie licząc dwóch pięciominutowych mżawek), temperatura to 25-30 i więcej stopni. Powietrze jest wilgotne. I tu pojawiają sie dwie szkoły co do wplwy wilgotności na odczuwanie temperatury (i samopoczucie generalnie). Ja osobiście wolę wilgotne 35 stopni od suchych 35. Inne osoby nie znoszą wilgotnych upałów twierdząc, że wilgotne 35 to tak jak suche 40...

W nocy śpi się z włączonymi wentylatorami. Szczerze mówiąc obawiałem się, że będzie nieco gorzej z warunkami atmosferycznymi i moją do nich adaptacją, ale wydaje się, że jest naprawdę dobrze.

(Dopisek z 20.07.'03): Jednak od czasu do czasu pada. Potrafi być tak, że w ciągu kilku sekund rozpętuje się prawdziwa ulewa. Tak po prostu. Wtedy, po powrocie do domu, tak może wyglądać rozmowa: (zapis autentyczny, autor był jednym z rozmowców, zgadnijcie którym):
- Wróciłeś i już zdążyłeś wziąć prysznic?
- Nie brałem jeszcze prysznica, własnie wszedłem.

Temperatury bywaja zróżnicowane. Jeden, czy dwa dni, to pogoda, która w tutejszym rozumieniu może byż nazwana chłodną - czyli, wtedy, gdy można bez włączonego wentylatora siedzieć w zamkniętym pomieszczeniu i się nie rozpływać (co nie oznacza nie pocić!).


Flora i fauna. Oprócz ludzi (o tym za chwilę); w domu mieszkają z nami mrówki (takie malutkie, ale i dużych też kilka widziałem), komary - ale te to właściwie wpadają od czasu do czasu (szczególnie po południu) i gekony (takie malutkie!). Innych żyjątek (które podobno też bywają) nie udało mi się na raze spotkać.

(Dopisek z 20.07.'03): Udało mi się spotkać i inne żyjątka - karaluchy. Fuj! Najgorzej, że tutaj karaluchy latają. Nie jest to najmilszy widok. Tym bardziej, że wielkością też odbiegają od "naszych". I wcale nie chodzi o to, że tu są mniejsze...

Z perspektywy samolotu Sri Lanka wygląda bardzo zielono, szczególnie, gdy chwilę wcześniej leciało się nad sprawiającymi wrażenie suchych Indiami. Z pewnej wysokości, dopóki nie daje rozróżnic się drzew, widok jest bardzo podoby do polskich lasow. Dopiero potem widać, że większość drzew to... palmy kokosowe. Duuuuuużo ładniejsze niż ta jedna wyskubana plastykowa warszawska na rondzie de Gaule'a.

(Dopisek z 20.07.'03): Moja jedyna dotychczasowa wycieczka poza Colombo to plaża (miejsce o nazwie: Unawatuna) tydzień temu. Czas dojazdu: ok. 3 h autobusem. Wyobraźcie sobie: zatoczka, laguna, łagodne fale uderzające o piaszczysty brzeg porosnięty palmami. Na krańcu jednego z ramion laguny, na wzgórzu buddyjska biała świątynia - stupa. Ze świątynnego wzgórza podziwiać można zachód słonca... śliczne, prawda...

Mieszkaliśmy w czymś, co oni tu nazywają "guest house", a u nas mówiłoby się "hotelik". Mianem "hotel" określa się tu każde miejsce, gdzie... podaje się jedzenie, choćby nie było nawet łóżka. Innymi słowy,polskie bary mleczne należałyby do kategorii "hotel". Wracając do miejsca naszego noclegu - z ofeorwanej ceny 500 rupii (20 zł) za pokój za noclego, udało nam się zejść do 300, czyli 12 zł. Pokój mieści 2 osoby. Więcej płaciliśmy za każdy z posiłków jakie tam jedliśmy.

Z ciekawostek - z Tomkiem, praktykantem z Polski nie chcieliśmy płacić za dużo za śniadanie, więc poszliśmy szukać lokalnych miejsc, gdzie można coś zjeść. Za to samo, co resztę kosztowało 75 rupii od osoby. Myśmy zapłacili razem 50.

Plaża, turyści, cudzoziemcy, pieniądze, a więc i okazja do zrobienia biznesu przez wszelkiej maści lokalnychprzedsiębiorców i "przedsiębiorców":
- kobiet chodzących po plaży z torbami ubrań (polecam! jedne z najlepszych, najtańszych i najtrwalszych ubrań, jakie udało mi się kupić naa Sri Lance);
- handlarzy pamiątek - targować sie! targować się! i jeszcze raz targować się! - można zejść nawet do 25% początkowo oferowanej ceny, a "last price" wcale nie oznacza, że za chwilę nie będzie taniej. Warto jednak przed przystąpieniem do "negocjacji" rozeznać się po okolicy, popytać innych turystów i podróźników, odwiedzić sklepy w Colombo (w miarę możliwości). Może się okazać, że dedykowany sklep pamiątkarski w stolicy sprzeda to samo taniej i jeszcze ładnie zapakuje, a płatność przyjmie kartą (mój ulubiony tego typu sklep w Colombo to Lakmedura - 113, Dharmapala Road, Colombo 07- obok parku "Vihara Mahadevi" - należy wysiąść z autobusu na przystanku "(national) library")
- treserów małpek;
- sprzedawców kokosów
- zaklinaczy węży (w tym kobr królewskich);
- "beach boysów" - lokalnych młodzików oferujących... "rozrywki" starszym białym turystkom.
- bezzębnych dziadków oferujących masaż głowy (i nie tylko). Któregoś pięknego poranka, jeden z kolegów cierpiących na "syndrom dnia następnego" skorzystał z oferty masażu głowy, który według zapewnień oferenta, miał złagodzić ból głowy. Po 10 minutach masażu, kolega... zwymiotował, ale twierdził, że faktycznie, od razu poczuł się lepiej...
- i pewnie jeszcze wielu innych, wyżej nie sklasyfikowanych lub należących do kilku kategorii na raz.

Tacy handlarze to niezła lekcja asertywności i sztuki mowienia "nie". Wszelkie wahanie, czy okazanie zainteresowania oferta, to murowane 15 minut przekonywania, że jednak nic się nie chce kupić.


Jedzenie. MNIAMMM!!!! Da się zjeść kolację za równowartość, mniej wiecej, 68 groszy (!!!). Stosunkowo drogie (w porównaniu do cen dań) są napoje. 1,5 l wody kosztuje mniej więcej 1,8 zl; napoje gazowane (cola i tym podobne) - butelka opojemności 207 ml (!) kosztuje okolo 80gr. Od samego początku (z perspektywy 2 dnia nie brzmi to jeszcze co prawda tak triumfalnie, ale...) jadłem miejscowe rzeczy - bez odwiedzania McDOnalda, którego jeszcze(!) nie widziałem i Pizzy Hut którą juz widziałem.

W przeciwieństwie do osób (cudzoziemców), ktore tu są już od jakiegoś czasu, nie odważyłem się jeszcze na picie wody z kranu.

Na Sri Lance powinno się kręcić wszystkie reklamy napojów, które z założenia pije się chłodzone, a to ze względu na wilgotność powietrza - wszystko, co wyjmie się z lodówki NATYCHMIAST pokrywa się piękną, bujną (czy to własciwe słowo w odniesieniu do wody?) rosą. O ile na napojach wygląda to, w miarę, normalnie, to już gorzej, jeśli zdarza sie to na czekoladzie. Mówi się trudno i wcina dalej.

(Dopisek z 20.07.'03): - Nadal obyło się bez wizyty w Pizza Hut i McDonalds (ciągle nie wiem, gdzie ten ostatni jest). McD jest tu podobno drogi i wizyta tam, to dla praktykantów swoiste przeżycie i nie zdarza sie często. Jedna z praktykantek dostała kiedyś (forma okazania sympatii?) zestaw z McD. Inna osoba była rozczarowana, gdy szef, który zabral ją do PH zamówił... ryż. Warto tu dodać, że typowy posiłek tutaj to ryż-z-czymś-tam.

Supermarket tutaj to sklep o metrażu "większego sklepu osiedlowego" w Polsce, a ceny produktów, czy to w sklepikach, czy w supermarketach właśnie, są takie same. Wynika to z faktu, że na każdym opakowaniu producent umieszcza maksymalną cenędetaliczną (M.R.P. - maximum retail price - tak samo jest np. w Indiach). Bardzo dobre rozwąazanie. Ostatnio udało mi sięwykłócić w supermarkecie o 2 rupie (coś koło 8 gr.)!

Miejscowe wynalazki. Co kraj to obyczaj, nieprawdaż? Czasami to, co widzę dookoła przypomina film "Mis". Talerze nie są co prawda aluminiowe i przykręcane do stołu, ale... żeby było praktycznie, w jadłodajniach (tych niedrogich na pewno - wiem, bo widziałem, w innych nie wiem) talerze podaje się przykryte... plastykową folią (taką, w jaką u nas pakuje się kanapki). Rozwiązanie to ma kilka zalet:
- jeśli klient nie porwie folii i nie upaćka talerza, nie trzeba (teoretycznie) zmywać;
- łatwiej posprzątać składając ze sobą końce folii i zawiązując je (z resztkami w środku);
- klient ma pewność, że powierzchni, z której je, nic przed chwilą nie biegało.

(Dopisek z 20.07.'03): Droższe miejsca nie mają folii na talerzu.

Miejsca, gdzie zazwyczaj się tu je (odnoszę to do praktykantów), to miejsca, gdzie jedzą przede wszystkim miejscowi i biała skóra nie jest tam częstym widokiem (oprócz nas). W Polsce takie miejsca raczej by się omijało szerokim łukiem ze względu na ich wyglad i podejrzenia o brak higieny.

"Dom" (jeszcze w cudzyslowie). Jest (podobno), jak na warunki tutejsze, naprawdę niezły. 4 sypialnie - po 2 osoby w kazdej (mi jako współlokator(ka) trafiła się praktykantka z Finlandii) + kuchnia + łazienka (z bieżącą wodą, co nie jest podobno czymśdostępnym w każdym domu) + salono-przedpokój na dole i na górze (dom jest piętrowy). Mieszka tu w tej chwili 8-9 osób: Finka, 2 Litwinki, Kanadyjka, 3 Rumuni, Norweg i ja + nocują od czasu do czasu miejscowi aiesecowcy. Oprócz nas, w drugim domu mieszkaja: jeszcze jeden Polak, Słowaczka, Kanadyjczyk, Rosjanie, Japonka.

(Dopisek z 20.07.'03): No i już skład się zmienił: po skończonych praktykach wyjechał jeden Rumun i Litwinka. Szkoda, bo akurat te osoby były jednymi z fajniejszych. Pojawili sie za to 2 Holendrzy. Ja jutro (oby!) zmieniam lóżko, choć zostaję w tym samym pokoju, a za tygodnie zmieniam pokój. Każda z tych zmian, to zmiana na lepsze, więc się cieszę.

A najtrudniej poradzić sobie z... ... lewostronnym ruchem ulicznym. Lata wbijania dziciom do głowy "najpierw w lewo, potem w prawo i jeszcze raz w lewo, i jeśli nic nie jedzie, to przechodzimy" zrobiły swoje. Mimo, że na poziome świadomym, wiem, że tutaj powinno się najpierw spojrzec W PRAWO, to odruch jest inny... To samo na środku jezdni, zamiast w lewo, odruchowo patrzy się w prawo. A jak jest skrzyżowanie/ zakręt to juz w ogóle katastrofa, żeby zgadnąć, gdzie patrzeć najpierw...

Wednesday, July 26, 2006

Telenowela gwatemalska - koniec serii 1

[Gwatemala 2001 -c.d.]

Gwatemala wydaje się być bardzo małym krajem. Dlaczego? Czy jesteś w Stolicy, czy jedziesz do Antiguy czy 200 (lub więcej) kilometrów dalej – np. na plażę - zawsze (no, może - zazwyczaj) spotykasz tych samych ludzi. Powod - doscyc (?) banalny. Społeczeństwo jest tu rozwarstwione, a klasy społeczne się między sobą nie mieszają. Studenci mają swoje miejsca, biznesmeni mają swoje, gosposie - swoje, etc. Z tego też powodu było dotychczas trudno o opór społeczny przeciwko różnym poczynaniom klasy rządzącej. Było, bo obecnemu prezydentowi - imć panu Portillo - udało się 1 sierpnia zjednoczyć naród przeciwko sobie i wywołać strajk ogólnokrajowy (pisałem o tym, prawda?).

Służące/ gosposie/ pokojówki czy jak je nazwać - po pierwsze, zarabiają, za przeproszeniem, "gówniane" pieniądze - około 500 pln w przeliczeniu. Do tego jedzenie i spanie w domu, gdzie pracują. Tylko co to za spanie, jeśli np. łóżko czy to_coś_na_czym_śpią znajduje się obok pralni, nad pralka, czy w innym miejscu - najlepiej takim, żeby nie utrudniać życia właścicielom lub, żeby
dało się szybko złożyć i zapomnieć, że tam ktoś od czasu do czasu ma swoje legowisko (bo chyba własnie "legowisko" jest najlepszym określeniem miejsca odpoczynku pokojówek). Z drugiej strony, dostają też jedzenie, ale znowu - zazwyczaj - nie jest to ten sam posiłek, który jedzą gospodarze. Najczęściej jest to tortilla – coś w guście placka o średnicy naszej bułki, a zrobionego z mąki kukurydzianej (całkiem zjadliwe) i do tego "frijoles" - czarna fasola. Jeśli jednak myślicie, że fasolę tutaj jedzą jako ugotowane ziarna z sosem (ja tak myślałem!) - to się grubo mylicie. Kupują to w puszce, albo sami robią - taka papka z utartej fasoli. Wygląda jak, nie przymierzajac,... (sami zgadnijcie co). Smaku też za bardzo nie ma, ale jakoś wszyscy tu to jedzą. Np. zawsze jest to dodatek do jajecznicy - na szczęście podają obok, a nie zmieszane. Większość pomocy domowych to analfabeci - tak jak pozostale 50 % społeczeństwa (!). Dlatego spotkałem się z notatką dla służącej (tygodniowy rozkład zajęć) sporządzoną pismem obrazkowym. Bez odpowiedzi pozostało moje pytanie, skąd służąca wie jaki dzień tygodnia został zilustroany, skoro nazwa jest zapisana po hiszpańsku. Jakoś to jednak funkcjonuje. Oczywiście są też domy, gdzie slużące traktowane są trochę lepiej (np. te same posilki, co gospodarze, ale – broń Boże – nigdy razem!, nieco lepsza pensja, etc.) - ale można to raczej zaliczyć raczej do chlubnych wyjątków niż ogólnokrajowej tendencji.

Ojciec jednej z koleżanek był pilotem (parę lat temu zginął w katastrofie lotniczej). Wsławił się jednak pewnym wyczynem, który uczynił go pamiętanym do dziś. Otóż swego czasu wykonał on samolotem pasażerskim coś, co po angielsku nazywa się „flip”, a polega na odwróceniu maszyny do góry nogami (właściwie to podwoziem). Oczywiście nie był to lot rejsowy i nie było pasażerów na pokładzie, jednak został za to zwolniony z pracy...

[I to już koniec telenoweli z roku 2001, kto wie, może kiedyś będzie nowa seria...]

Telenowela gwatemalska - odc. 2107

[Gwatemala 2001 - c.d.]

Jest tu jedna rzecz, która mnie chyba nie przestanie nigdy dziwić - mam na myśli transport publiczny, a w szczegolnosci autobusy! (Tramwajow, metra, ani pociagow - poza jednym, o ktorym już pisałem) w tym kraju nie ma.

Co jakiś czas fundowane mi są nowe przeżycia związane z użytkowaniem rzeczonych środków komunikacji. Bo na przykład - dwukrotnie powiedziano mi, żeby czekac na autobus w miejscu, które nie leży na trasie linii na którą miałem podróżować. Bo na przykład - nadać autobusowi numer, to jeszcze nic. Linia nr 1 może jeżdzic w kilku różnych kierunkach. Wszystko zależy od magicznych literek dodawanych do numeru albo od dzielnego młodzieńca, który wykrzykuje stację doeclową danego autobusu - tutaj dwa słowa o owych "krzykaczach". Są to zazwyczaj ludzie młodzi, żeby nie powiedzieć „gówniarze” (a przynajmniej na takich wyglądają), ale głosy mają lepsze niż niejeden tenor (niech się Pavarotti schowa). Kiedy autobus jedzie lub zatrzyma się, to oni wrzeszczą ile sił Bozia dała, co by przechodniów do przejażdżki zachęcić. Dodatkowo, młodzieńcy owi sluża jako... kierunkowskaz. Otóż jeżdżąc po Gwatemali samochodem należy pamiętać, że kierunkowskaz, zwany tudzież migaczem, to tutaj co innego, niż np. w Europie. Miejscowym służy on do drażnienia innych kierowców - mechanizam działania banalny - ja włączam kierunkowskaz, Ty się denerwujesz i przyspieszasz, nie wpuszczasz mnie i jestes zadowolony, że tak zrobiłes, a ja się cieszę, że Cię zdenerwowałem. Jeśli chce się zmienić pas, to albo o migaczu się zapomina, albo sygnalizuje chęć zmiany poprzez...gest ręką - wysadza się ją przez okno. Zadziwiające, ale ta metoda skutkuje w jakichś 90% (przewaga kontaktu interpersonalnego?). Ale wracając do "asystentów” kierowcy autobusu. Jako, że jest to maszyna wielka, to taki kierowca może łapkę wystawić tylko przez swoje okienko. Pomocnik czyni to z drugiej strony autobusu.

I jeszcze o światłach - o tym, żeby w dzień ktoś używał nie ma mowy. Ewentualnie w deszczu - część kierowcow. Ale zdaża się, że i w nocy swiatła nie wydają się potrzebne - ciemno, więc nikt nie zauważy, że nie używam. Co ciekawsze, zdaża się to i w... radiowoazch. Ciemna noc, samochód bez swiateł - to własnie tutejsi stróże porządku na służbie.

Wracając do kwestii różnych tras tych samych linii autobusów. W poniedziałek miałem zajęcia w Czerwonym Krzyżu. Żeby się tam dostać należy jechać autobusem nr 1 lub 2. Tak też zrobilem (a przynajmniej tak mi się do pewnego momentu wydawało). Przemiły pan kierowca jechał, jechał, ale zamiast do Strefy 1, gdzie mieści się CK, pan kierowca jechał trasą krótszą. Efektem przejażdżki było to, że po półgodzinnej podróży znalazłem się dokładnie w miejscu, z którego wyruszylłem. Szczerze mówiąc to się tylko uśmialem. Nic innego mi nie pozostało. Skończylo się jednak dobrze, bo następny autobus zawiózł mnie już na miejsce. Co najciekawsze, nawet się nie spóźniłem (jako porządny nauczyciel, spodziewający się przygód z autobusami, do pracy wyszedłem godzinę wcześniej - jak się okazało - słusznie.

Inna historia, to jazda autobusem w godzinach szczytu. Jesli ktoś myśli, że polskie autobusy potafią być zatłoczone, to się myli. Mój ulubiony widok, to autobus, z którego z "otworów drzwiowych" zwisa pięciu chłopa. Tak sobie jadą - i autobusem, i na świeżym powietrzu (chyba, że mija się inny autobus, zostawiajżcy za sobą piękne czarne obłoczki spalin). Dwa razy jechałem w takim tłoku, ale w środku. Nie mam zamiaru ryzykować "odpadnięcia" nawet jeśli oznacza to spóźnienie do pracy.

Z życia codziennego - ostatnio parlament podniósł VAT z 9 na 12 %. W porównaniu z naszymi stawkami jest to nic, ale ludzie się buntują, a kwestia nie w stawce, ale w tym, że pieniądze nie pójdą na wydatki społeczne, ale do kieszeni rządzących, ze znienawidzonym prezydentem na czele (głowa państwa to temat na oddzielny post). W związku ze zmianami w podatkach, w ubiegłą środe (1 sierpnia ‘01) odbył się strajk narodowy. Stanąć miało wszystko, jednak nie do końca się udalo. Autobusy jeździly, uniwersytet pracowal, ja miałem swoje zajęcia. Ale to wszystko tylko do 16.00. Potem nawet te instytucje, które nie przystapiły do strajku, zamknęły swe podwoje z powodu akcji protestacyjnych przed pałacem prezydenckim. Jak to okreslono - w obawie o bezpieczeństwo pracowników czy studentów. Ważne jest to, że strajkowały nawet McDonaldsy i inne tego typu wynalazki. Cóż, prezydentowi udało się zjednoczyć naród... przeciwko sobie.

zona, calle, avenida...

[Gwatemala 2001 - c.d.]

Co przydarzyło mi się w sobotę... ale zanim... dwa słowa wyjaśnienia na temat „konstrukcji” miasta.

Gwatemala City podzielona jest na strefy (zony). Układ prawie ślimakowaty - pierwsza w środku a nastepne rosną spiralnie wokół. Są tu dwa rodzaje "ulic".
Pierwsze z nich to "calle" - biegną (mniej więcej) ze wschodu na zachód, drugie - "avenida" - przecinają calle pod kątem prostym, czyli biegną z płn. na pd. Adres może wyglądać więc następująco – Z5, C15 A 15-16, czyli budynek znajduje się w zonie 5 (Z5), na „calle” 15-tej (C15), między „avenidą” 15 i 16 (A 15-16). Gdy poprosiłem swoją pierwszą gospodynię o adres i dostałem taki zapisek na kartce papieru, nie wczytując się w niego, a dostrzegłszy głównie cyferki, powiedziałem, że nie numer telefonu, ale ADRES mi potrzebny.

Jeszcze jedna informacja – najniebezpieczniejsza tutejsza strefa to Zona 1.Praga Północ wydawałaby się przy niej bezpieczna i zadbana.

W sobotę miałem angielski w Czerwonym Krzyżu, własnie w strefie 1-szej. Niestety - okazało się, że musiałem z niej wrócić sam, bo nikt mnie nie mogl
odebrać. Musisz tylko pójść na skrzyżowanie 4 calle i 8 avenida i tam będzie autobus nr 2, ktory jedzie bezpośrednio do akademii (info podane przez
panią z CK, przetłumaczone na angielski. Fajnie. Lekcja skończona, następną zaczynam w Akademii za 2 godziny.No, to do autobusu! Znalazlem skrzyżowanie - było bardzo blisko. Po pół godziny czekania pomyślałem, że może coś jest nie tak. Autobusy - owszem - zjawiały się i to dosyć często, ale zaden nie nazywal się "2"!

No to może pomieszały się avenidy z calle? Idę do calle 8, avednida 4. Dojście tam zajęło mi godzinę, bo najpierw musiałem się zorientować w ktorą stronę rośnie numeracja calle i avenid, potem przedzieranie się przez mniej lub bardziej zatłoczone uliczki. Dotarłem na skrzyżowanie i już całkiem zrezygnowany zacząłem się zastanawiać gdzie tu do cholery kupuje się karty telefoniczne. Aż tu nagle! Objawienie - autobus nr 2! Po prostu wsiadłem, zapłacilem i miałem nadzieję, że jedzie w tym kierunku w którym trzeba... i... TAK! Na następną lekcję zadążyłem AKURAT - byla za 5 pierwsza, gdy wszedłem do budynku Academii!

Odcinek 2105...

...w którym autor jeździ miejscowym transportem publicznym, ponownie odwiedza plażę, dostaje pierwszą wypłatę i spożywa miejscowe "smakołyki".

Ostatatnio zastanawiałem się o czym pisac, ponieważ tutejsze życie zaczyna mi nieco powszednieć i to, co dziwiło, denerwowało, zachwycało na początku jest już normalną częścią mojej egzystencji. Mam jednak nadzieję, że uda mi się Was zaciekawić.

Od jakiegos tygodnia korzystam z tutejszego transportu publicznego. Odbiega on nieco od naszym polskich standardow, ale po kolei... Jeżdżą tu 3 rodzaje autobusow miejskich - dobre, gorsze i beznadziejne. Te najlepsze można porównać do 10-letnich ikarusow obsługujacych jeszcze niektóre polskie miasta.

O tutejszych autobusach trzeba wiedziec kilka rzeczy:
- bilety sprzedaje kierowca (cena w przeliczeniu, to okolo 55 gr.) - maja wiec z glowy problem kontrolerów czy gapowiczów - nie płacisz to nie wsiadasz, proste. O czyms takim jak bilety okresowe to może słyszeli Ci, którzy bywali zagranicą
a pewnie i tak nie do końca wierza, że cos takiego istnieje;
- rozkłady jazdy - już jak pytałem o nie, to było mi głupio, bo jedyna potencjalna odpowiedź mogła brzmiec (i brzmaiała) - "powinny być, ale...";
- przystanki - najgorsze jest to, że jak przychodzi się na przystanek, to nie ma na nim napisane jakie autobusy się łaskawie zatrzymują (jak jakiś jedzie to się na pewno zatrzyma). Kolejność jest taka – najpierw powinieneś wiedzieć na jaki przystanek iść i czym jechać, a potem wsiadać. Jak się nie wie to katastrofa.

A ha. Gdy chce się wysiaść z autobusu, to niezawodnym sposobem jest... gwizdnięcie na kierowcę. Wtedy wie, że ma się zatrzyać. A tak w ogole, to wysiada się i wsiada wszędzie tam, gdzie autobus się zatrzymuje - przystanek, czerone światło, środek ulicy... Jest to możliwe, bo drzwi są cały czas otwarte.

Do tej pory miałem w sumie tylko jedną przygodę związaną z autobusami. Jechalem na zajęcia (o tym zaraz), wsiadłem do autobusu, stałem sobie spokojnie w tłumku. Nagle, na przystanku, odwraca się do pasażerow kierowca (oni tutaj nie są odgrodzenia jak w polskich autobusach) i z tego, co mówił zrozumialem "pan" "koszula" "żółty". Hmmm... Czyżby coś chciał ode mnie? (Byłem jedynym panem w żółtej koszuli). W duchu sobie myslę: „mam nadzieję, że jedyne, czego ode mnie chce, to żebym się przesunął do tyłu i zrobił miejsce... I... na szczęście tak było. Uff!

Innym razem stałem na przystanku, podchodzi chłopaczek i cośtam po ichniemu bla bla. Na co ja, perfekcyjnym hiszpańskim, "nie mowię po hiszpańnsku". Na to on pokazuje mój zegarek. Przez ułamek sekundy pomyślałem, że mu się spodobał i go sobie zażyczył... Ale wystarczyło pokazać
godzinę i to go zadowoliło.


Z innej beczki... Tydzień temu znowu byłem na plaży. W Guatemala City jest okolo 25 stopni, bo polożone 1500 m n.p.m. Plaża, jako, że na poziomie 0m
n.p.m. jest cieplejsza - okolo 36 - 37 stopni. W nocy nie da się spać bez wentylatora wiejącego prosto na Ciebie. Spedzilem tam 3 dni i ... udało mi się tym razem nie spalić. 3 dni basenu, oceanu, upału, słońca, nocnych burz, plaży i nicnierobienia. Wracaliśmy górską drogą (ocean jest odalony o jakies 2-3 godziny od Guatemala City - zalezy od kierowcy :) niesamowite widoki!

Teraz cos bardziej przyziemnego - jak wiecie, albo i nie - obecnie pracuję (kończę 3 tydzień) - jako nauczyciel. Nauczam francuskiego i angielskiego.
Instytucja nazywa się Academia Europea de Idiomas i główna klientela to studenci, firmy, etc. - (prawie) zadnych „bachorów”. Prawie znaczy tyle, że np. w jednej z moich grup, obok 30-to i 20-to latków mam osmiolatka. To w ogóle ciekawy przypadek, bo chodzi na francuski, włoski i (nie jetem pewien) niemiecki. Maja tu taki system, że co tydzień zmieniają lektorów, tak by nie przyzwyczjać studentów do jednego akcentu, wymowy, etc. - za to program jest jeden, więc się przychodzi, sprawdza - grupa ta i ta, faza ta i ta, tydzień ten i ten, więc dziś robimy to i to. W teorii. Bywa tak, że np. idzie się na lekcję do firmy (miałem taki przypadek) i całe zajęcia nic się nie robi, bo... grupa się nie zjawia. Ale to zrozumiale, bo pracują. Albo okazuje, się, że to, co dziś jest w planie, grupa dawno zrobiła, albo nie mają zrobionego czegoś, co teoretycznie powinno być dawno skończone. Do tej pory miałem 3 grupy francuskiego + angielski w firmie sprzedającej energię elektryczną + jedne zajęcia w Czerwonym Krzyzu (też angielski). W firmie miałem Hiszpanów, którzy zarządzają tym przedsiębiorstwem, więc pogadaliśmy sobie o życiu w Gatemali. Obydwu im
się tu nie podoba. Ściślej mówiąc - krajobrazy, przyroda - są piękne, ale uważają Gwatemalczyków za hipokrytów. Dlaczego? Ludzie tutaj mają dosyć
tradycyjne podejście do kwestii damsko - męskich. Myslę, że nawet niektorzy aktywiści z radia Maryja zostaliby tu posądzeni o liberalizm (no, może
przesadzam). Nie do pomyślenia jest, żeby chłopak i dziewczyna mieszkali tutaj bez ślubu, ale normalne jest, że ślub bierze 16-letnia dziewczyna, ktora jest w ciąży. Co z tego, że w wieku lat dwudziestu jest już po rozwodzie? I takie przypadki tutaj są normalne, nie wyjtkowe. Z drugiej strony mężczyzna tutaj to pan i władca - w domu nic nie robi (to rola żony, a raczej gosposi), ale zarabia. Poza tym to, co każdy oficjalnie potępia, potem sam robi. Byle nikt się nie dowiedzial. Dodatkowo - to już raczej kwestia gadulstwa niż hipokryzji – moi Hiszpanie stwierdzili, że jak oni u siebie zamawiają taksówke, to brzmi to tak "poproszę taksówkę". Tutaj brzmi to tak - "dzień dobry, co slychać? U mnie w porządku. Przepraszam, ale chciałym taksówkę, bo muszę z teściową jechać do szpitala. Nie, wszystko w porządku, tylko potrzebne prześwietlenie, etc." W sumie to ciekawe, bo z tego, co wiem Polacy wykazują tendencję do lubienia Gwatemali, za to - jak się przekonałem - Hiszpanie jej nie znoszą (może kompleks konkwistadorów, albo coś takiego?).

A propos taksówek - jest ich tu bardzo mało. Powód prosty - kogo stać na taksówkę, tego stać i na samochód, więc kupuje samochód. Kogo nie stać na
samochód, to i na taksówkę sobie nie pozwoli.

Ale wracajac do szkoły, a co za tym idzie - wyplaty - dostałem wczoraj swój pierwszy czek. Tylko, że źle mi podliczono godziny i za miesiąc dostanę dopłatę.

Przez ostatni tydzień udało mi się zjeść całkiem sporo owocow, z czego parę takich, których istnienia bym nie podejrzewał. Mango, papaja, arbuz, ananas, melon – to tutaj normalka (w Europie też te owoce znamy, prawda?), ale ... jadłem też coś co się nazywa "membrio" - wyglada jak jabłko (myślałem, że to jakaś odmiana), ale w środku jest tylko jedna duża, miękka pestka, tym samym hipoteza o „jabłkowatości” tego owoca obalona! Jest to cudo cholernie kwaśne - cytryny przy tym wydaja się słodkie. W ogóle, to cytryn tu nie używają, tylko limonki - takie małe, wredne, zielone i kwaśniejsze od cytryn. Inna ciekawostka - jak wsponinałem wczesniej - owoce (czasmi) jedzą tutaj z solą. Membrio też. Ale to nie byłbym ja, gdybym nie dopomniał się o ... cukier. O niebo lepsze! Drugi owoc-cudo to coś, co nazywa się pithaja (dopisek późiejszy – nazywa się to również czasami dragon fruit)- z zewnątrz czerwone, a w środku ... nigdy bym nie przypuszczał, że coś co jest jadalne i nie barwione może mieć taki kolor! Jest to wściekle różowe i ma małe czarne pesteczki. Calkiem smaczne. Jadłem jeszcze coś, ale nawet nie wiem jak się to nazywa.

Wczoraj z kolei się wybrałem na Tacos. Pojechaliśmy do baru - nie żadnego exclusivu dla bogatych czy turystów, tylko takiego najnormalniejszego „dla ludu”. Jak w filmie – wystrój miejscowy, muzykanci, lokalne (choć chyba raczej meksykańskie)żzarcie. Bardzo przyjemnie!


Na zakończenie jeszcze dwa "obrazki z życia":

Za oknem biura krzaczek z kwiatkami. A z kwiatka spijał sobie nektar koliber. Przypomina sposobem lotu ważkę i w sumie nie jest dużo większy


Idę ulicą - taka stroma a la Zakopane, a jezdnią toczy się małe awokado...

Obrazki z życia codziennego

To jest właśnie przewaga pobytu zarobkowo-życiowego nad turystycznym. Doświadcza się rzeczy, o których prawdopodobnie nie miałoby się pojęcia, gdyby się ich nie przeżyło.

Obrazek 1

Jedziemy samochodem, spokojnie, wolno. Nagle ŁUP! Kurczę, co to? Ktoś rzucił kamieniem, czy co? Obracam się, a tam - jak w zwolnionym tempie – motocyklista przechyla się i pada na ulice.

Co się stało???

W samochodzie była nas trójka nikt nie wiedzial. Jak się za chwilę okazało, motocyklista jadący za nami postanowił w nas wjechać. Jak to jednak bywa – dwuślad ma tę przewagę nad jednośladem, że jest stabliniejszy. My mieliśmy tylko porysowany zderzak. Nieszczęśnikowi też, w sumie, nic się nie stało - potłukł swiatło, kierunkowskaz i kolano. Jednak - jako, że było widać, iż dziewczyna kierująca samochodem ma pieniądze (w dodatku w samochodzie siedział blondyn, a więc AMERYKANIN, czyli niby ja), to sprawca wypadku próbował zwalić winę na dziewczynę.

Tere (dziewczyna, która prowadziła) zadzwoniła po ojca, koleś zadzwonił po szefa (motor najwzraniej był służbowy)... No i się zaczęło. W sumie nie kłócili się ani nie wrzeszczeli, ale mieli sobie parę rzeczy do powiedzenia. Najśmieszniejsi byli w tym policjanci, którzy wyglądali, jakby w ogóle nie wiedzieli co się wokół nich dzieje. Po okolo 2 godzinach wszyscy się rozeszlismy.


Obrazek 2

Wyjeżdżamy z Marią z jej domu. Hmmm... Zostawiła portfel. Wraca. Nie ma. „GDZIE ja go zostawiłam????” No cóż, po długich rozmyślaniach dochodzi do wniosku, że w barze, w ktorym poprzedniego dnia bylo spotkanie (niezla impreza, co - zapomnieć portfel z wszystkimi dokumentami... No cóż... mowi się trudno (na szczęście nie miała pieniędzy ani kart kredytowych)... Następnego dnia dzwoni telefon... To jakiś tajemniczy Carlos... Mówi, żeby się spotkać o 18.30 w takim i takim miejscu. Nie chce powiedzieć jak wygląda ani jak się z nim skontaktować. To on ją znajdzie....

Jest 18.35, zjawiamy się na miejscu (5 minut spóźnienia. To nic - on na pewno będzie jeszcze później). Po 40 minutach czekania odjeżdżamy. Nie, to nie...

Nastepnego dnia Carlos znowu dzwoni, tylko... Maria nie odbiera telefonu, bo nie zdąża. Oddzwaniamy pod numer z ktorego dzoniono - nikt tam o „Carlosie” nie slyszał. Pewnie chce kasę. W końcu, po dwóch dniach, znowu telefon - znowu się umawia. Tym razem jest (wtedy też był i to punktualnie, ale nie czekał, to nasza wina, że się spóźiliśmy). Tym razem jest... Podchodzi... Oddaje portfel... Odchodzi. Dziwne...

Saturday, July 22, 2006

Witam ponownie z gwatemalskiej ziemi...

[Gwatemala '01 - cd.]

Co do źródeł nazwy Gwatemala usłyszałem nową wersję - otóż tym razem powiedziano mi, że "Guatemala" znaczy "kraina wiecznej wiosny".

W weekend miała miejsce moja pierwsza wycieczka poza stołeczny obszar Guatemala City. Otóż w sobotę, z jedną z koleżanek, jej kuzynem i jego dwójką znajomych wybraliśmy się na wieczorno - nocną wycieczkę do Antigua Guatemala. W wolnym tłumaczeniu znaczy to tyle, co "Stara Gwatemala". Jest to historyczna stolica Gwatemali, jednak z powodu trzęsienia ziemi, które je nawiedziło, bodajże w XIX wieku, obecnie slolicą jest Guatemala City.

Antigua znajduje się w odległości około 50 km od Gt. City, jednak podróż trwa około godziny ze względu na to, iż oba miasta łaczy, co prawda szeroka, lecz górska droga - liczne wiraze, etc. Aby opisać różnice między Antiguą i Guatemala City najprościej poslużyć się chyba porównaniem z własnego podwórka - to coś jak Warszawa i Kraków. Pierwsze ważne i w ogole ho ho, ale to drugie ma KLIMAT. Antigua jest atrakcją turystyczną, na ulicach co krok obcy język - słowem światowo. Poza tym, w okolicach rynku jest masa pubów, restauracji, dyskotek. Sam rynek też jest fantastyczny - może nieco większy niż Plac Zamkowy w Warszawie, ale z fontanną po środku, wokól rynku ratusz, kosciól, etc. Najciekawsze jest to, że po około 200 latach od trzęsienia ziemi, część budynków nadal nie jest odbudowna - np. kościól, który za dach ma niebo. Jak tylko odwiedzę Antiguę za dnia - napisze więcej o tym mieście.

W Guatemala City też podobno jest stare miasto, jest to jednak... najniebezpieczniejsza dzielnica stolicy - ktoś coś z tego rozumie? Bo ja nie.

Z Antiguy zebraliśmy się o 1 bo jak już 3 razy pisalem, zgodnie z tutejszym prawem o tej porze kończą się wszytskie publiczne imprezy, zamyka się bary, etc. zabawnym widokiem jest, kiedy do stolika podczhodzi kelner i osobom, które jeszcze nie zakończyły spożywania napojów wręcza styropianowy kubeczek, aby do niego przelać resztkę płynu i zabrać ze sobą.
Wróciliśmy cało i szczęśliwie.

Nastepnego dnia - z tą samą koleżanką i jej rodziną (Tak na marginesie - dziewczyna była jakiś czas temu 6 tygodni wPolsce) udaliśmy się do domku na plazy nad Pacyfikiem. Zastanawiałem się jak to "na plaży" ma się do rzeczywistości - tzn. czy trzeba daleko drałować, aby dotrzeć do wody. W rzeczywistości okazało się, że domek NAPRAWDĘ był nad oceanem! Od wody dzieliło go około 100 metrów i widoku na ocean nic nie zasłaniało.

Tutejsza plaża nie jest wydmiasta jak nad Bałtykiem, tylko płaska (cuś jak Morze Śródziemne). Plaża sprawia wrażenie brudnej - ale to tylko złudzenie. Wydaje się tak, ponieważ piasek jest ... czarny. Kolor jest wynikiem tutejszej aktywności wulkanicznej - kolor piaskowi nadaje pył wulkaniczny. Temperatura piasku też jest całkiem wysoka. Woda ... po pierwsze słona, ale też bardzo czysta (czystsza niż Bałtyk). Ciepła - hmmm wydaje mi się, że miała około 25, moze 27 (czy nawet więcej) stopni - po prostu bajka. A teraz wyobraźcie sobie blondyna z jasną skórą hasającego 2,5 godziny w wodzie w słoneczny dzień... już mi lepiej i mniej piecze. Ale i tak bylo warto!!!!! A ha, plaża jest oddalona od Gt City o jakieś 1,5godziny jazdy samochodem. Sama jazda to piękne widoki - najpierw droga górska, potem jazda obok wulkanów, dalej nizina i tereny plaskie.

Z zabawnych zdarzeń - zaczynam karierę jako nauczyciel ... francuskiego w jednej z tutejszych szkół (całkiem duża, bo ponad 35 nauczycieli, ciągle szkolą nowych, pracują z firmami, etc.). Część wykładowców to Europejczycy. Kilku z nas to blondyni (więc studenci łatwo nas zapamiętuja - otóż w poniedzialek, po wizycie w Antigua, podeszła do mnie jedna z nauczycielek - Niemka i spytała czy byłem w sobotę w takiej i takiej restauracji w Antigua. Hmmm... Okazało się, że ona też tam była i nawet probowała powiedzieć mi cześć, ale jakoś jej nie zauważyłem...

Aby nie przesłodzić, napiszę teraz o innym miejscu, które przyszło mi dziś odwiedzić. Postanowiliśmy nawiązać współpracę z gwatemalskim oddziałem SOS Wioski Dzieciece (www.sos-cv.org). Organizacja ta to najwiekszy prywatny NGO na świecie - działa w 134 krajach!). No i dziś pojechaliśmy na pierwszą rozmowę. W Polsce siedziba tzw. biura koordynacyjnego mieści się w Warszawie, zaś same wioski dziecięce leżą w innych częściach kraju. Tutaj razem jest biuro i wioska. Pani z ktorą rozmawiały dziewczyny z AIESEC (nie mogę powiedzieć, że rozmawialiśmy, bo było to po hiszpańsku) po rozmowie oprowadziła nas po wiosce. Wygląda to tak, że są domki, w których mieszka po okolo 7 - 10 dzieci + etatowa "mama", do tego jest przedszkole i inne budynki. Wszystko ładnie utrzymane i czyste. Ale jak się popatrzy na salkę w której leży w lóżeczkach jakieś 20 brzdąców, które maja kilka tygodni, może miesięcy i pomyśli, że są tu dlatego, że nie mają rodziców (część, to tak zwane "sieroty społeczne - ich rodzice żyją, ale z różnych powodów nie mogą/ nie chcą się zająć potomstwem)... albo gdy przechodzi się obok grupki 4 - 5 latków, ktore patrzą na Ciebie wielkimi oczami, krzyczą "czesc", podają ręce, uśmiechaja się... niesamowite uczucie. Tak samo wyglada to w ponad 130 krajach....

cdn...

Trzeci, czyli 2102, odcinek telenoweli

[Gwatemala '01 - cd.]

"Mala" po hiszpańsku znaczy zła. Niektórzy zastanawiają się wiec, co znaczy "guate" i dlaczego jest zła. Otóż nazwa Guatemala pochodzi z języka Majów i znaczy mniej więcej - tak mi tłumaczono - "kraina drzew" i nie ma nic wspólnego z czymś złym, a „guate” w języku hiszpańskim nie istnieje.

Pisałem Wam może, że nieco zaskoczyła mnie tutejsza pogoda - rano pochmurno, potem trochę cieplej, a ciemno robi się o 18.30. Cóż, dowiedziałem się, że:
- po pierwsze: miasto leży na wysokości 1500 m n.p.m., co powoduje, że jest tu chłodniej niż na niżej położonych terenach, bo podobno nad Atlantykiem "można umrzeć" tak jest gorąco;
- po drugie: akurat godziny, kiedy jest najcieplej zazwyczaj spędzam we wnętrzu budynków, gdzie jest chłodniej i nie czuje się tej temperatury.
Parę dni temu zdarzyło mi się jeździć samochodem (oczywiście jako pasażer) z otwartą szybą i ręką za oknem. Było to może kilkanaście minut, ale uwierzcie - moja skora przybrała nieco czerwone zabarwienie. Innymi słowy - grzeje bardziej niż by mogło by się wydawać.

A propos jeżdżenia samochodem - jak ostatnio naliczyłem - miałem do tej pory 10 kierowców, z czego tylko jeden to facet. Jeśli macie jakiekolwiek stereotypy o Latynosach jako trąbiących na siebie wariatach za kółkiem, którzy pieszych traktują jako wyzwanie, to... macie absolutną rację. Jak to ktoś podsumował - jeśli chcesz zmienić pas i włączasz kierunkowskaz - jest to sygnał, by samochód za tobą, na pasie, na który chcesz wjechać przyśpieszył. Jest na to prosta rada! - nie używać kierunkowskazów przy zmianie pasów!!!

Samochody tutaj to, w dużej mierze, produkcja amerykańska i japońska. Duży udział w rynku ma też Volkswagen. Część marek i modeli to te, które są widywane i na polskich ulicach. Niektore są jenak unikalne dla tego kontynentu. Np VW Gol - cuś pomiedzy Polo a Golfem, lub inna wersja Toyoty Yaris czy też Opel Corsa ... sedan (dla dziewczyn - z bagaznikiem z tylu :)

Część z jezdzacych tutaj maszyn to rupiecie, których nawet nasi słynni laweciarze nie podjęliby się odklepania. Normalne jest, że nie masz jednego ze światel, pogiętą maskę czy inny element, ale jest fajnie. Duża część aut stanowią takie duże amerykańskie cuda, co to jeździ nimi np. Strażnik Teksasu czy farmerzy (część to pick - upy). Co ciekawsze - uzywaja ich tutaj, poniewazż są ... tanie. Po drugie, w takiego pick - upa łatwiej wsadzic 6 osób (do skrzyni ładunkowej z tyłu) niż upychac ich na 3 siedzeniach - czysta logika (a ha, nawet policja tak jeździ).

Pociągow tutaj nie ma, poza jednym - towarowym (na razie o nim tylko slyszalem). Ale co tam pociag - jedzie, to niech szanuje kierowcow! (linia przechodzi przez centrum Gwatemala City). Maszynista trąbi, to i kierowcy trąbią. W zwiazku z tym max prędkość pociągu w mieście to okolo 20 km/h.

Jest tu ciepło, więc nie używa się ogrzewania - logiczne, nie :) Za to wielkość (a wlaściwie szerkość) lodówek zajmuje przestrzeń, ktorą oszczędza się przez niemontowanie kaloryferów. O ile ich wysokość podobna jest do naszych (w sumie ludzie tutaj niźsi od nas, nie mowiąc o Indianach, którzy średnio osiągają coś okolo metra-pięćdziesiąt-w-czapce) to szerokość stanowi około 1,5 naszej lodówy, w tym duuuuzży zamrażalnik.

Co do tutejszych zwyczajów żywieniowych, to po pierwsze - wiecej się pocą (fuj! :), więc potrzebują więcej soli. W związku z tym normalne jest tutaj jedzenie soli z ... owocami. Np. pomarancza z solą, mango z solą, jabłko (!) z solą. Sami sprobujcie! Poza tym, wszechobecna tortilla - w Polsce bymy to cudo nazwali pewnie "podpłomykiem" - mieszanka mąki kukurydzianej z wodą, uformowana w małe placki i tak upieczona. Uzżywają tego tutaj tak, jak my chleba. Ale naprawdę jest smaczne.

Kolejne cudo - czarna fasola - "frijoles", czytane FRIHOLES. Np. jajecznika - taka normalna, z szynką, do tego - trotilla i na oddzielnym talerzu podsmażona czarna fasola (ale nie nasiona, tylko taka papka). Najblizszy smak ma fasolka po bretońsku, ale to nie oddaje istoty tego dania...

Kolejnym zdziwieniem dla mnie bylo ile osób stąd było w Polsce. Część AIESECowcow pamięta jeszcze kongres światowy z '96 roku, inni byli na wymianie (np. na UW i Kielcach), inne osoby pracowały w Niemczech jako au pair i odwiedziły z różnych powodów Polskę. Poza tym w każdym domu (prawie każdym) zdjęcie papiezża - ale o tym juz chyba wspominałem). Ogółem rzecz biorąc, podejrzewam, że więcej Gwatemalczyków bylo w Polsce niż Polaków tutaj.
Wiem, że oprocz mnie są tu jeszcze 3 Polki - Eliza, ktora przyjechała tu 2 lata temu, poza nią dwie, których na razie nie poznałem.

Koleja rzecz - podobna a jakże inna - dyskoteka. Po pierwsze, bramkarze wybierają sobie kogo wpuszczą. Podobasz się - wchodzisz, nie podobasz się - trudno, przebierz się albo startuj gdzie indziej. Ja mam dobrze, bo z racji mojej blondynowatości nie powinienem mieć z tym problemu... w końcu CUDZOZIEMIEC. Jak już się uda, to ... okazuje się, że nie trzeba placić... ale tylko przez chwilę... Podchodzi bowiem miły pan i informuje, że trzeba zamówić coś do picia. Taaak... Cola w dyskotece pokrywa całkowicie koszty wejścia. Inną kwestią jest to, że nikogo nie dziwi widok podrygujacego na parkiecie 40latka z równie leciwą partnerką. Choć i tak większość stanowią 20-30 latkowie. Pisałem juzż też, że wszystkie publiczne imprezy muszą skończyc się do godziny 1-szej.

Telenowela gwatemalska - odcinek 2101

[Gwatemala '01-cd.]

(Numeruję od 2100, bo co to za telenowela, co ma mniej niż 2000 odsłon?)

W poprzednim odcinku... Hi hi, oszczędzę Wam tego.

Z lotniska pojechaliśmy do dziewczyny, u której tymczasowo mieszkam. Zostawiliśmy bagaże i... pojechaliśmy do pubu. Mimo 19 godzin lotu nie czułem się za bardzo zmęczony a to w sumie było mile zaproszenie.

To, co rożni Gwatemalę od Polski, to dźwięki. Np. w pubie było dużo głośniej, ale nie, dlatego, że mówi się tu głośniej, (chociaż śmieje się z pewnością z większą dawką decybeli). Tutaj po prostu wszyscy mówią NA RAZ. Do tego muzyka w tle.

Posiedzieliśmy godzinkę, pogadałem z moją "szefową" – Marią oraz praktykantką z Meksyku i jakimś kolesiem. Około północy (część z Was pewnie się w Polsce budziła, chociaż może nie... bo to była sobota) wróciłem do "domu".

Potem dowiedziałem się, że wszystkie publiczne dyskoteki, puby, etc. muszą być zamknięte do godziny 1.00 ( nie dotyczy to imprez prywatnych).

Następnego dnia rano (HA! Dobre rano) o 13.00, czyli u nas koło 20.00, 0budziłem się, skorzystałem z dobrodziejstw prysznica (przed pójściem spać także, żeby nie było, żem brudas :)
Zanim się zwlokłem na śniadanie było około 14.00 (kto mnie zna lepiej, wie, że w mojej rodzinie to nic niezwykłego, ale biorąc pod uwagę różnicę czasu...

Tego dnia była impreza urodzinowa mojej gospodyni. Pojechaliśmy do tutejszego centrum handlowego. W sumie nie rożni się niczym od Sadyby, Galerii Mokotów, czy tego rodzaju przybytków w kraju nad Wisłą. No, może było tylko trochę mniejsze. Zjedliśmy po kanapce i poszliśmy po zakupy do mieszczącego się na miejscu supermarketu. I, cholera, produkty maja te same! Od Alwaysow po słodycze (oczywiście część asortymentu to produkcja lokalna, ale i tak ogrom stanowią marki globalne. Niech żyje marketing! Zakupy zawieźliśmy do domu brata Tere (tak nazywa się moja gospodyni). Tam też później była impreza.

Impreza jak impreza. W sumie nie wiele różniąca się od tych, które znamy. Właściwie tylko 2 rzeczy były inne - nie wódka, tylko piwo i druga rzecz – brak chętnych na tort urodzinowy (jak to w ogóle możliwe? - tym bardziej, że był smaczny!), który był podany pod koniec imprezy. Reszta tak samo - część rozmawiała, część tańczyła. Mi też zdarzyło się zostać wyciągniętym do jakiegoś latynoskiego tańca. BOŻE! Nie uważam się za osobę, która nie ma pojęcia o tańcu, ale wtedy czułem się jak słoń. TO BYŁO STRASZNE!!!:)

Impreza skończyła się około wpół do trzeciej.

Niedziele spędziłem na spaniu do południa a potem wycieczce do domu Prezydentki AIESEC Guatemala. Mieszka jakieś pół godziny od miejsca, w którym jestem (ale wciąż w obrębie miasta). LUDZISKA. Jaki tam jest widok. Dookoła góry, wulkan (he, he, może przez najbliższe miesiące nie wybuchnie), po prostu super. (Nas dziwi wulkan, tutaj niedowierzanie wzbudziła informacja, że w Polsce wulkanów niet. A co dziwniejsze!– nigdy nie mieliśmy trzęsień ziemi - punkt widzenia zależy od punktu...)

Wieczorem pojechaliśmy do kina na film „Pay it forward” (po polsku „Podaj dalej”). WARTO; WARTO; WARTO, polecam. Kino też właściwie normalne. Jedynie nikogo nie dziwi dzwonek telefonu :)

Teraz dwa słowa o tym jak tu się mieszka i o mieście. Jest większe niż początkowo mi się wydawało. Położone właściwie w górach. "za miedzą" - jak pisałem - wulkan. Właściwie nie ma wysokich budynków ani bloków. Domy jednopiętrowe - choć i tak schowane z dwu- trzy- metrowymi murami. Na (prawie) każdym murze dodatkowo zwoje drutu kolczastego - lepiej niż w Kozlukowie (czyli mojej uczelni - PWSBiA). A to wszystko ze względu na... bezpieczeństwo. Stosunek mieszkańców do policji jest chyba podobny jak nasz w Polsce. Kiedy opowiadałem o włamaniu, którego doświadczyliśmy w Warszawie - naturalną reakcją było pytanie – „I policja oczywiście nic nie zrobiła?”

Za to ciekawy obrazek to panowie ochroniarze (szczególnie banków). Rewolwery większe niż Clint Eastwood kiedykolwiek widział i noszone " za paskiem", a nie w kaburach. Dodatkowo shotguny jak w terminatorze. Co ciekawe, po prostu je ze soba noszą, nie ważne - bank czy MacDonald - zawsze gotowe do strzału. To wszystko "tylko" dlatego, że swego czasu napady na banki oraz konwoje były tu dobrem powszednim. (tak na marginesie - ostatni napad na
konwój był ... dwa dni temu). Co jeszcze dodać o bezpieczeństwie? Pewnie wiecie z wiadomości czy innych mediów, że dwa dni temu uciekło ponad 80 osób z wiezienia. Ciekawostka, że 13 z nich to skazani na śmierć. Jeszce śmieszniejsze, że wszystko odbyło się z udziałem przekupionych strażników. Gdyby nie ich pomoc, nie byłoby (podobno) nic takiego możliwe. W związku z tą sprawą mają tu nieco zamieszania.

Inna sprawa. Ogólnie można znaleźć informacje, że lepiej nie poruszać się tu po zmroku. Nie ma sprawy. Nie wspomnieli tylko, że tu ciemno jest juz o ... 18.30! (nieco mnie to zdziwiło, ale może trzeba było bardziej uważać na lekcjach geografii...).

Ale dosyć tego straszenia. Pisałem już, że czuję się trochę jak w telenoweli, no bo tak - po pierwsze - gosposia. W domu, gdzie jestem nosi dodatkowo taki fartuszek i w ogóle jest niska i gruba. Hi, hi:) Rano podaje śniadanie (nie do łóżka, niestety trzeba się zwlec do jadalni). Kiedy ktoś dzwoni - idzie otworzyć. Po drugie - wnętrze domu, gdzie była impreza urodzinowa mojej gospodyni to też jak żywa dekoracja z produkcji południowoamerykańskich - wchodzi się do hallu, otwarte schody na górę, wszystko wykończone drewnem, ogrom bibelotów. Mają też masę dewocjonaliów. Od figurek, poprzez obrazki, po obrazy i nawet ołtarzyki. Normalnym widokiem jest zdjęcie Jana Pawła II. Nawet na jadnym z murów ktos namalowal recznie (graffitti?) portret papieża. Przyroda - trudno nawet opisać. Np. kolo mojego okna rośnie drzewko pomarańczowe. Najbliższe to jest wrażeniom z okolic Morza Śródziemnego - kto był, wie, co to znaczy...

cdn...

Telenowela gwatemalska - pilot serialu

To są historie z roku 2001 z Gwatemali...

Witam,

Oto obiecane i (mam nadzieje) oczekiwane wieści z kraju Majów.

1. Podroż. To był mój pierwszy w życiu lot samolotem. Spodziewałem się nieco większych przeciążeń podczas startu (coś jak na rollercoasterze w wesołym miasteczku), ale było... spokojnie. Fajne są też "wyboje" w powietrzu, kiedy jest "podskok" w górę, potem lekkie opadanie, ale nie ma powtórnego uderzenia o podłoże (w sumie to dobrze…).

Mój lot odbywał się trasą Warszawa – Frankfurt - Mexico City - Guatemala City. W Niemczech była wysiadka z samolotu, przejście bez żadnych odpraw (w końcu lot tranzytowy) do bramki, wsiadka do samolotu i już. Za to Mexico City…
- wysiadka, a potem:
- Przepraszam, lecę do Gwatemali, dokąd mam pójść?
- Proszę iść do odprawy paszportowej, a potem wrócić tutaj.
O.K. Paszport sprawdzili, wbili pieczątkę. Trzeba iść naprzód (jakbym chciał wrócić, którędy przyszedłem, to pewnie panowie strażnicy nie byliby uradowani...). Teraz cło. Jako, że bagaże, zostały nadane tak, że martwić się o nie powinienem dopiero na miejscu, Pani Celniczka była nieco zdziwiona, iż moim jedynym pakunkiem była torba na ramię. Cóż…. W ten oto sposób stanąłem oclony i opaszportowy na ziemi meksykańskiej. Teraz tylko wrócić z powrotem tam, skąd przyszedłem. Okazało się, że jednak się da i... faktycznie wróciłem DOKŁADNIE w miejsce, skąd kazano mi iść do kontroli paszportowej. Może jest w tym jakaś logika..? Wiem jedno - mam fajną pieczątkę w paszporcie.

Teraz do bramki nr 21. A tu... Prosimy pasażerów o udanie się do wyjścia nr 28. Taki 200 metrowy spacerek, ale jest... oto i właściwa bramka.

Z Mexico City wylatywałem około 21.00 ichniego czasu, czyli 3 rano w Polsce. Zaczęło padać, lekka burza. Jak wiecie, Mexico City to największe miasto (czy też obszar miejski) na świecie - w sumie 24 miliony duszyczek. Kiedy wzbiliśmy się w powietrze po horyzont na lewo i na prawo widać było miejskie światła. Co by nie mówić - robi wrażenie!

Udało się. 22.00 - wylądowaliśmy w Guatemala City. Warto chyba wspomnieć, że z W-wy do Frankfurtu i z Mexico City do Guatemala City leciałem takim "samolocikiem", który był właściwie "kurduplem" w porównaniu z maszyną, która "niosła mnie na swoich skrzydłach przez ocean". Nie wiem też ilu z Was ogląda(ło) Jonny'ego Bravo, ale jest taki odcinek, w którym bohater kreskówki leci samolotem, wygląda przez okno, a tam... klown. Jak tylko wsiadłem, od razu mi się to przypomniało, a szczególnie tekst "mamma, there’s a clown on the wing" :)

Lotnisko w Gwatemali wydało się martwe. Pogaszone światła, nikogo nie ma... Na szczęście to tylko pozory. W sekcji z celnikami i odprawą paszportową tętniło życie. Po oddaniu wypełnionej w samolocie deklaracji paszprotowo-pobytowo-celnej czas na odbiór bagaży. I to uczucie - będzie, nie będzie, będzie czy może będzie mi dane przeżyć błogosławieństwo poszukiwania tego, co moje na obcej ziemi. I... na szczęście było!

Przechodzę przez drzwi. Słyszę czyjś krzyk:
- Adam!
(A jednak wyszli po mnie!) Ciekawe czy jeśli samolot byłby o czasie też by czekali, czy ja bym musiał czekać – w koncu to kraj latynoski, a wiec obszar mañana. Pewnie nigdy się nie dowiem... (Późniejszy komentarz: A jednak się dowiedziałem – wszyscy (!) byli o czasie a nawet nieco przed)

Udało się! Jestem w Gwatemali. W Polsce piąta rano.

Po przedstawieniu się sobie (żadnego imienia nie pamiętam, ale to chyba normalne, kiedy przedstawia Ci się ponad 10 osób na raz). Oprócz AIESECowców było paru alumni (to tacy AIESECowcy w stanie spoczynku), w tym, koleś, który swego czasu spędził nieco czasu w Polsce a także - Polka - Eliza, która dwa lata temu pojechała do Gwatemali i tu już została.
Fajnie.
Zanim pojechaliśmy do miejsca, w którym się zatrzymałem padło jedno, proste pytanie:
- Jesteś zmęczony, czy chcesz gdzieś iść?
Po 19 godzinach lotu odpowiedź mogła być tylko jedna – chodźmy gdzieś!
Ale o tym w następnym… odcinku.

CSR Traineeship at Microsoft

Good day Dear Reader. My name is Adam. I have been involved in AIESEC for almost 7 years. In Feb 2005 I completed my 6 months traineeship at Microsoft, where I worked on Community Affairs (also known as CSR).

CSR in Poland - where I come from - is still a very new topic, but finally it gets into minds of wider public. Few years ago, when I became interested in it, it was almost complete terra incognita there. I guess AIESEC contributed very significantly to development of this idea in Poland. Why? If you take a look at who are the most respected and active people in field of Corporate Responsibility in Poland - in many (if not most) cases they are former AIESEC members…

My CSR adventure also started in AIESEC. The more I learned about it, the more I felt this is what will be among critical success factors of the XXI century organizations - whether companies or NGOs. I was lucky enough to be able to combine my theoretical knowledge with real-life implementation and impact. While still studying I developed and implemented a CSR program for a small Polish training company. Now, after 3 years, with some changes, it still works. CSR was also the topic I selected for my graduation thesis.

After the graduation, I spent 1 year in the national committee of AIESEC in Sri Lanka as Director of Integrated Learning. Among my responsibilities was the EmployableYou project funded by HSBC, aiming to develop employability skills of university graduates. The program was part of the bank's CSR strategy. It was a great adventure to see the CSR activities from perspective of a multinational company and its local and very specific impact.

My AIESEC experience wouldn't have been complete if I were not to go for a traineeship. My top priority focus was - obviously - CSR. I also knew how limited number of such offers was available. Certain beautiful morning I saw an e-mail with a traineeship offer from Microsoft. If I were to write a description by myself, it wouldn't have been any different. That was THE traineeship. I applied and… I was selected. In August 2004 I came to Munich, Germany, where I worked on Community Affairs at Microsoft's East European Headquarters, which overlooks operations of 17 subsidiaries delivering services in 24 countries.

My first task was to help with CSR simulation conducted during… AIESEC's International Congress in Hannover. It was actually the first day of my traineeship - you can say a perfect transition from AIESEC to Microsoft.

My traineeship was focused on Microsoft's Unlimited Potential program, which supports NGOs all over the world, providing ICT (Information & Communication Technology) training to underserved communities. My job description was focused on supporting people who are in charge of Community Affairs in their respective countries. The support varied from simple e-mails exchange and phone calls to personal visits and on-the-spot support. I also worked on Employee Involvement and other CSR-related tasks. The most important part of my traineeship was that I was given a lot of initiative and responsibility, thus I could feel the impact of what I was making.

My AIESEC experience, academic efforts and practical insight into CSR from a perspective of small and multinational companies gave me a lot to think and reflect about. First of all I believe that any organization should incorporate CSR in their everyday activities. Whether NGO or company, whether small, local or multinational - they all need to understand CSR and be responsible in tailor-made way to the local environment and conditions. Secondly - CSR is about sustainable contribution and impact, not a single-event marketing opportunity. And thirdly - there is still a HUGE space and need for CSR development and implementation. AIESEC can contribute by educating young people on this topic and by partnering with organizations on their existing or development of new initiatives.

2 interesting links:Microsoft's Unlimited Potential: www.microsoft.com/unlimitedpotential
EmployableYou (HSBC + University of Colombo + AIESEC in Sri Lanka) project: www.hsbc.lk/lk/aboutus/communit/