Saturday, August 19, 2006

Whatever you say about India, the opposite is also true...

"Whatever you say about India, the opposite is also true..." I guess this is the best possible description of the country where cows roam around IT complexes and where modern technology is surrounded by garbage. Some of the people who come here hate India for what it is, some love it for the same reasons. Many find it spiritual and inspiring, while others notice increasing rat-race and get annoyed by lack of privacy and ever-present “businesspeople” trying to offer you the business of your life.

Defining India is very difficult. Moreover, I don’t really think it is possible at all! But does one really need to have everything figured out to enjoy it?

My first contact with India was through my sister. She went to Bangalore to teach in one of the private schools there. It was a 3-month-long assignment only, but when she was back home, it was obvious she would be back in India one day. And she was, some time later she went back for a year-long contract to the very same place. At the very same time fate brought me to Asia as well, quite close by actually – I was offered a contract in Sri Lanka. And this is from Sri Lanka that I came here for the first time. And it was Sri Lanka that was my “benchmark” for Asia. While for many Europeans (especially those who have never visited either of the courtiers or only one of them) India and Ceylon may seem identical, for me the differences were obvious, although not always easy to articulate. In spite of “physical” similarities – autorickshaws, saris, skinny dogs and crazy traffic, I could feel there is something “in the air” that makes each of the countries unique. Not “better” or “worse”, but simply different. (By the way – one of my lessons in life was that definitive and good-bad comparisons and judgments never do any good if you want to understand any other culture). My first encounter with India was a short one - only 3 weeks and most of the time here I spent in a hotel, as the purpose of my trip was a conference (sponsored by TATA Steel actually). One thing I knew – I’ll be back.

When I set my feet on Indian ground for the second time, I knew I would have more chances to feel local flavors as I was in Chennai, I had big backpack with me, Lonely Planet guide in my hand and return ticket from Delhi dated 4 weeks later. And a limited budget.

A striking thing here is the approach people have towards traveling. While for a European or a “Westerner” (since I come from what is referred to as “Eastern Europe” it is a mental challenge to consider myself as a “westerner”) it is the destination that matters and the trip itself should lead directly where you want to get, here it is the traveling that brings the meaning to the destination point. Waiting several hours for a train is as significant as traveling, which in turn is as meaningful as arriving at wherever you were heading to.

The funny thing is that the same things annoy you in India and later you thank God (or gods) for sending them at you. You curse the crowd whenever your personal space is violated and then you bless it as there is always someone who can help. You hate the taxi-wallahs for offering their services even if you just used the service but when you arrive late at night alone in a strange place you bless them for taking you to a place where you can rest and eat something. You feel proud when you are asked about your fatherland, but when “which country” rings in you ear for the 57th time that day you feel like wearing “I’m from…; I’m not married; I don’t have a rupee” t-shirt which I saw on sales in Darjeeling.

I have precisely planned my trip well in advance. Then I changed it. Then I changed it again. Then I changed once more. New destinations appeared and disappeared every day. The initial plan had little to do with the actual, but that is also the beauty of traveling independently – you are free to choose what you do next. If you find some place exciting, you can stay a day extra or if a place disappoints you, you can pack your things and move on. Kolkata appeared on my
itinerary more or less when I was in the middle of my trip. I was here even during my first trip to India, but it was only a transit point then. Was it a chance or a destiny – who knows? I spent here a couple of days and headed back to Poland. I knew again – I’ll be back. This time my resolution was easier to fulfill, since I was offered a contract with TCS and my trip home was basically for the purpose of a proper visa.

And here I am again in India, again in Kolkata, experiencing diversity of the country in my everyday life. Do I speak the local language? Is understanding thinking patterns easy? Not always. But that does not stop me from enjoying living here and from respecting my new home.

Saturday, August 05, 2006

Krotki "update"

[Sri Lanka – kwiecien ‘04]

Dwa razy odwiedzila mnie moja siostra - na Boze Narodzenie '03 i w marcu. Spedzilem tez 3 tygodnie w Europie - a dokladnie mowiac w Hiszpanii, na konferencji (a jakze by inaczej?). Nie, nie bylo mnie w Polsce w miedzyczasie.

Mialem (nie)szczescie byc w Madryce 11 marca ‘04 i widziec reakcje ludzi na zamachy, ktore mialy miejsce tego dnia. Chyba warto to bylo przezyc, zobaczyc ludzka solidarnosc - 2,5 miliona ludzi w marszu przeciw przemocy... Chociaz z drugiej strony... nie, lepiej nigdy sie nie dowiedziec jak ludzie zareaguja, niz dowiedziec sie w takich okolicznosciach. Dzien wczesniej z kolezanka zwiedzalism stacje Atocha, gdzie mial miejsce jeden z wybuchow...

Wkrotce nowy rok - tak tak, nic mi sie nie przestawilo - tutaj Syngalezi i Tamilowie swietuja to wydarzenie 13 kwietnia. W zwiazku z tym bedzie pare wolnych dni.

[Sri Lanka - c.d.] 2 tygodnie w Indiach

[Sri Lanka – grudzien 2003]

Zima, snieg, chlod - tak pewnie u Was. Tutaj jakies +30 za oknem, klimatyzacja pracuje... Witamy w tropikalnym grudniu. Najsmieszniej przy tej pogodzie wygladaja dekoracje swiateczne ale coz...

Jak moze czesc z Was wie w listopadzie ‘03 spedzilem 2,5 tygodnia w Indiach - na konferencji (Jamshedpur - 5 h pociagiem od Kalkuty, stan Orissa), 2 dni w Kalkucie, koleje 2 w pociagu do Bangalore, 4 w samym Bangalore i popoludnie (oraz noc) na lotnisku w Madrasie (zwanym obecnie Chennai).

Indie BARDZO roznia sie od Sri Lanki, choc i mozna znalezc duzo podobienstw. Roznice, ktore najbardziej rzucaja sie w oczy, to:
- brak u Hindusow usmiechu, ktory gosci na twarzach 99,9 % Lankijczykow 24 h na dobe 7 dni w tygodniu
- oraz... zapach.

Takie sa moje wrazenia. Indie bardzo mi sie podobaly (ha, Indie - ten malenki skrawek, ktory udalo mi sie zobaczyc). Z ciekawszych przezyc nalezy wspomniec jazde pociagiem - 3 klasa nieklimatyzowana. Gdyby chciec to porownac do czegokolwiek najblizszy bylby "latajacy cyrk Monty Pythona".

Tygrysy, czyli wizyta w Jaffnie

[Sri Lanka – wrzesien 2003]

Od lat piedziesiatych XX wieku narastal na Wyspie konflikt miedzy Tamilami, ktorzy stanowia 14% ludnosci a wiekszoscia syngalezka. Tamilowie to hinduisci, mieszkaja glownie na polnocy – tzw. Tamilowie lankijscy, obecni na Wyspie od 2 tys. lat i w regionach gorskich - Tamilowie indyjscy, "importowani" przez brytyjczykow w XIX w. do zbierania kawy i herbaty. Syngalezi to buddysci. Czara goryczy przelala sie w 1983 roku i wybuchla wojna domowa - chyba kazdy kojarzy Tamilskie Tygrysy (LTTE – Liberation Tamil Tigers of Eelam). W zwiazku z wojna podroz na tereny tamilskie byla zwyczajnie niemozliwa. Zmienilo sie to bardzo niedawno.

Jaffna lezy na samej polnocy, wiec podroz tam troche trwa. Jest bezposredni autobus, ale drogi. Linia kolejowa, ktora kiedys dochodzila do samej Jaffny teraz konczy sie w polowie drogi. Jak mozna sie domyslec z powyzszego - podroz to przygoda z kilkoma przesiadkami.

Etap I: Colombo -> check-pointy
Z Colombo mozna pojechac autobusem do miasta Vavunia, z ktorego jedzie sie potem 10 minut to tzw. 1-go check-pointu lub bezposrednio do samego check-pointu. Jako, ze byla nas spora grupa (18 osob) po lekkich kombinacjach udalo sie zajac miejsca w autobusie, ktory mial zbierac pasazerow dopiero za godzine. Kilkugodzinna podroz na stojaco to nic wesolego - szczegolnie w autobusach na Sri Lance. Podroz na siedzaco to tez nie raj (glownie ze wzgledu na BARDZO ograniczona ilosc miejsca na nogi), ale lepsze to niz nic. No i tu znowu ciekawostka. Nomalnie bilet na tej trasie kosztuje 175 rupii (1,75 USD), mysmy, zajmujac miejsca wczesniej (nielegalnie) zaplacili ... 160 Rupii. Chyba jeden z nielicznych przypadkow, gdzie lapowka jest ujemna. Podroz odbylismy noca.

Etap II: Podroz przez check-pointy
Chceck-point otwierany jest o 6 rano i zamykany o 5 wieczorem. Pierwszy to punkt wojsk rzadowych. Nasza grupa to towarzystwo mieszane lokalno - cudzoziemskie. Cudzoziemcow poproszona na sam poczatek kolejki, wiec mysmy przeszli procedure sprawdzania dokumentow i bagazu bardzo szybko i trzeba bylo przynac, ze byli wobec na bardzo mili. Na lokalnych troche musielismy poczekac. Ich nie przepuszczono na poczatek, mimo, ze podrozowali razem z nami. Dalej jedzie sie albo idzie 10 minut do punktu, gdzie wydawane sa dokumenty, ktore wypelnia sie wkraczajac na tereny kontrolowane przez Tamilskie Tygrysy... Formularz jest oczywiscie po tamilsku, wiec zarowno dla cudzoziemcow i Syngalezow jest to rowny poziom abstrakcji. Byl z nami jeden chlopak, ktory jest Tamilem i pochodzi z Jaffny, wiec ostatecznie nie mielismy problemow z dokumnetami, ale nawet przypadkowi ludzie chetnie pomagaja w wypelnieniu dokumentow. Z tego miejsca jedzie sie kilka kilometrow do check-pointu Tamilskich Tygrysow. Znowu - bardzo mili dla cudzoziemcow, znowu przeszlismy pierwsi i czekalismy na Lankijczykow. Nasze dokumenty – de facto wizy wjazdowe - zostaly opieczetowane. Zwracalismy je opuszczajac strefe tamilska w drodze powrotneji nie mozna bylo ich zatrzymac „na pamiatke”. Dalsza podroz robi niesamowite wrazenie - po drodze mija sie zniszczone swiatynie - hinduskie albo chrzescijanskie (czesc Tamilow to chrzescijanie). Zdarzylo sie, ze jedynym ocalalym elementem kosciola jest figura Matki Boskiej z otaczajacymi ja figurkami modlacych sie dzieci. W jednym miejscu jest wrak czolgu. No i generalne budynki (czy to, co z nich zostalo) – bez dachow, noszace slady kul, zniszczone. Kolejny smutny widok, to palmy bez lisci (spalone) - takie sterczace pnie - kikuty. Wokol dorgi ciagle ostrzezenia o minach przecipiechotnych.

Cala podroz z Colombo do Jaffny zajela nam 16 godzin.

Etap III: Jaffna
Sama Jaffna tez jest zniszczona. Budynki na wpol zawalone, na wpol - zamieszkale, z suszacymi sie ubraniami... Z budynku ratusza nie pozostal kamien na kamieniu. Biblioteka, ktora miala jeden z najwiekszych ksiegozbiorow w Azji splonela lacznie ze zbiorami, ktorych czesc stnaowily jedyne zachowane (do czasu pozaru) egzmenpalrze niektorych ksiazek... Sam budynek jest teraz odbudowany i wykanczany, ale...

W samej Jaffnie nie bylem dlugo - wracalem wczesniej, zeby zdazyc na poniedzialek rano do Colombo. Miasto sprawia wrazenie jakby zatrzymalo sie w czasie kilkanascie lat temu... W sumie tak bylo. Byly to tereny odciete od reszty raju. Ludzie sa tu bardziej przyjazni niz w Colombo i mniej nachalni w oferowaniu dobr i uslug wszelakich. Miasto jest oficjalnie kontrolowane przez sily rzadowe, ale chyba nie do konca maja oni cala wladze w sowich rekach. W jednym z miejsc, gdzie jedlismy, restaurator tlumaczyl, ze ceny sa wyzsze, gdyz musi placic podatki na rzecz Tamilskich Tygrysow. Prawda to czy historyjka dla turystow - nie wiadomo... Sama organizacja to tez ciekawy przypadek. Tamiskie Tygrysy dzialaja legalnie na terenie Sri Lanki (element procesu pokojowego), ale poza granicami uznawani sa za organizacje terrorystyczna. To sie jednak co chwile zmienia. Mnie osobiscie zdziwil na przyklad fakt, ze TT maja swoje umundurowanie, naszywki, etc. Nie mysli sie w tych kategoriach o organizacjach terrorystycznych... Co jeszcze warto wspomniec? Chyba swiezo prazone orzeszki ziemne. To, co sprzedaje sie w fabrycznych paczkach nie ma najmniejszego porownania jesli chodzi o smak czy cene. Inna ciekawa rzecz, to to, ze Tamilowie posluguja sie czasem obowiazujacym w Indiach, ktory jest o pol godziny wczesniejszy wobec obowiazujacego na reszcie wyspy.

Etap IV: Powrot
Jak pisalem wczesniej wracalem do colombo wczesniej. Wracalem razem z praktykantka ze Slowacji, czyli bez lokalnego wsparcia. Nie mielismy najmniejszych problemow na check-pointach. Wecz przeciwnie - bezinteresownie (czytaj: bez proszenia o pieniadze) wsadzono nas na tamilskim check-pointcie do autobusu bez koljeki, w innym ktos zajal dla nas miejsce (jak pomyslicie o 40 osobach podrozujacych autobusem o 20 miejscach, to moze latwiej taki gest docenic. Jakos tak bylo, ze zawsze trafialismy na autobusy akurat-za-chwile-odjezdzajace, wiec podroz do domu zajela nam "tylko" 12 godzin.

Jaffna jest z pewnoscia miejscem, ktore - o ile tylko to mozliwe - TRZEBA na Sri Lance zobaczyc. Sama podroz do Jaffny stanowi polowe przezycia... Bardzo niewielu Lankijczykow-Syngalezow odwiedzilo Jaffne - moze sie boja... Na pewno jest to dla nich przezycie co najmniej rowne, jesli nie wieksze niz dla cudzoziemcow. To tutaj gineli czlonkowie ich rodzin, to ich kraj...

Slonie

[Sri Lanka – wrzesien 2003]

Jak moze juz wiecie, buddysci swietuja pelnie ksiazyca (poya). Jest to zwiazane z zyciem Buddy, ktory urodzil sie w dniu pelni, doznal oswiecenia (stajac sie z ksiecia Sidharty Budda, czyli "oswieconym") oraz umarl podczas pelni. Z kazda pelnia zwiazany jest jakis epizod z zycia Sidharty – Buddy lub wiaze sie historia buddyzmu na Sri Lance. Pelnia jest dniem wolnym od pracy i nie mozna sprzeawac alkoholu.

Obchody zwiazane z lipcowo - sierpniowa pelnia (lankijski miesiac "Esala") sa szczegolnie barwnie obchodzone w Kandy. Esala poya upamietnia przywiezienie na Sri Lanke najcenniejszego tutejszego reliktu – zebu Buddy. Swietosc ta przechowywana jest wlasnie w Kandy, w... Swiatyni Zeba (The Temple of the Tooth lub Dalada Maligawa). Kandy, zwane lokalnie Maha Nuwara (Wielkie Miasto) jest drugim, co do wielkosci miastem na Sri Lance. Polozone 500 m n.p.m., ma klimat ma nieco lagodniejszy niz tereny nizinne. Otoczone wzgorzami, blisko gor - piekne miejsce. Jest to tez ostatnia stolica i miejsce oporu Syngalezow przed kolonizatorami. Cejlon byl podbijany kolejno przez Portugalczykow - od XVI w., Holendrow, a od XIX w. Przez Brytyjczykow. Kandy bylo ostatnim miejscem na Wyspie, ktore zostalo podbite i to, czego nie dokonali Portugalczycy ani Holendrzy, udalo sie Brytyjczykom. W zwiazku z tak dlugim oporem Kandyjczycy lekko "zadzieraja nosa" i sa bardzo dumni ze swojego pochdzenia.

Ze względu na zab Buddy, Kandy jest szczegolnym miejscem dla Lankijczykow-buddystow. Tak do konca to nie wiadomo czy jest to faktycznie jego zab czy kopia, ale wazniejsze chyba to, w co ludzie wierza niz to, co tam rzeczywiscie sie znajduje.

Kazda (jak mi mowiono) swiatynia raz do roku organizuje cos, co sie nazywa "Perehera" - jest to swoista procesja - parada. W zaleznosci od zamoaznosci swiatyni bywa mniejsza lub wieksza. Szczegolne emocje wsrod publicznosci budza uczestniczace w wydarzeniu slonie. Jeden, dwa czy trzy „okazy” to juz powod do wylegania na ulice. Bez sloni tez jest to wydarzenie. Kandy Esala Perehera jest najwiekszym tego typu wydarzeniem na Sri Lance. Trwa 10 dni - co wieczor jest parada, az do kulminacyjnego wieczoru, kiedy jest pelnia. Ale zacznijmy od poczatku....

Jako, ze czesc aiesecowcow pochodzi spoza Colombo, co jakis cza mamy calkiem mile wycieczki. Ogladanie Perehery w Kandy zorganizowane bylo wlasnie przez Sapumala – chlopaka, ktory stamtad pochodzi. W ogole jest to przedstawiciel jednej z wyzszych kast, a w jego rodzinie bardzo szanuje sie tradycjyne wartosci. Z praktycznego punktu widzenia najwazniejsze okazało sie jednak to, ze jego ojciec byl wysoko postawionym funkcjonariuszem policji.

Pelnia ksiezyca, czyli "poya day" wypadala 11 sierpnia - w poniedzialek. W zwiazu z tym wyjazd do Kandy zaplanowalismy na sobote rano... tak jak wszyscy na Sri Lance. Kolejka do autobusu do Kandy budzilaby przerazenie chyba nawet wsrod osob zaprawionych w kolejkowych bojach z czasow Polski-z-orlem-bez-korony. No ale co robic, stanelismy grzecznie w kolejce. Po godzinie sie nam znudzilo i zaczelismy kombinowac... i wykombinowalismy. Udalo sie nam wynajac autobus, ktory na glowe wyszedl mniej wiecej tyle co „normalny” kurs, a do tego nie bylo tloku. Oprocz praktykantow i lokalnych aiesecowcow zabralo sie z nami pare osob, ale tylko po to, zeby zapelnic miejsca i podzielic koszt na wiecej osob. Oczywiscie pomysl wynajmowania autobusu, ktory za ilestam czasu mial miec normalny kurs nie jest najlegalniejszy.

Po 4-5 godzianch dotarlismy na miejsce. Chociaz odleglosci na Sri Lance nie sa duze, ogolnie trzeba liczyc, ze podrozuje sie po kraju ze srednia predkoscia 20 - 30 km/h.

Dotarlismy do Kandy i udalismy sie do miejsca, gdzie mielismy zapewniony nocleg. Po drodze minelismy kontrole osobista - w 1998 zamachowiec zdetonowal bombe przy wejsciu do Swiatyni. Ciekawe, ze sprawdzaja przechodniow, ale samochodow juz nie...

Po dotarciu na miejsce rozpakowalismy sie nieco, skorzystalismy z prysznica i ruszylismy zobaczyc Swiatynie i zajac miejsca, z ktorych mielismy ogladac Perehere. Nieoceniony okazal sie ojciec organizatora wycieczki. Szedl dumnie pierwszy a za nim polbiegiem podazala grupa cudzoziemsko-lankijska. Oczywiscie wszedzie bez dyskusji (prawie bez dyskusji) moglismy dzieki jego obecnosci wejsc. Gdy usilowano pobrac od nas oplate za wejscie do Swiatyni, to obstawil kogo trzeba i nie placilismy nic. Jesli by szukac porownan, to, jesli chodzi o atmosfere, Kandy ma w sobie cos z Czestochowy ze wzgledu na kwestie religijne. Duma z bycia mieszkancem Kandy przypomina nieco postawe "krakusow".

Po zwiedzeniu Swiatyni poszlismy do miejsca, skad mielismy ogladac cale wydarzenie. Nasze miejsca zajelismy na 2godziny przed rozpoczeciem widowiska. Usytuowani bylismy zaraz obok lozy w ktorej siedzieli mnisi (a na Sri Lance mnich to prawie swiety - zawsze ustepuje mu sie miejsca w autobusie, wszystko ma zagwarantowane w pierwszej kolejnosci, etc). Gdyby nie to, ze miejsca dla nas byly "zarezerwowane", to zeby siedziec w punkcie, w ktorym sie znajdowalismy musielbysmy tam byc kilka, duuuuuzo wczesniej. W dniu pelni, w dobrych punktach (czyli takich jak ten, ktory mielismy) ludzie czekaja 10 - 12 godzin, a niektorzy rozkladaja mate i koczuja nawet na dobe przed!. Swietny interes na punktach obserwacyjnych robia ludzie, ktorzy maja szczescie byc posiadaczami domow lezacych przy trasie Perehery.

Po dwoch godzinach oczekiwania w koncu sie zaczelo. Caly korowod otwieral... policyjny samochod. Dalej bylo juz bardziej egzotycznie. Najpierw panowie strzelajacy z biczy. Kilka krokow, seria strzalow z bicza, ludzie rzucaja monety, kilka krokow, strzaly z biczy, monety, etc. Trasa liczy kilka ladnych kilometrow, wiec mozna zebrac nieco kasy, z drugiej srony - jako, ze sa to monety, to musi to troche wazyc... Kolejna grupa osob, to ci, ktorzy zajmowali sie oswietleniem trasy. Obok swiatel ulicznych co kilka metrow rozpalone byly male ogniska z lupin kokosow (Sri Lanka bez kokosow chyba by nie mogla istniec, ale to temat na oddzielna historie) o ktore trzeba dbac. "Ogniowcy" ubrani byli na czarno, z czerwonym czyms a la turban na glowie - odsloniete mieli tylko oczy, ze wzgledu na fakt, ze te lupiny strasznie kopca. Dalej zonglerze ogniem - chyba jeden z najbardziej spektakularnych momentow. Czesc miala obrecze (metalowe - wiec ciezkie) z osmioma plonacymi punktami na obwodzie. Co jakis czas wirujaca konstrukcja byla podrzucana do gory na kilka metrow i lapana. Czesc osob miala przyczepione do glowy 1,5 - 2 metrowe liny na koncach ktorych znajdowaly sie plonace kokosy. Robilo to ogromne wrazenie wraznie przede wszystkim dlatego, ze lin w mroku nie bylo widac. Widoczne byly kule ognia orbitujace wokol tych osob. Potem, w procesji reprezentowane byly rozne swiatynie. Pochod kazdej reprezentacji skladal sie z kilku czesci: najpierw tancerze typowi dla Kandy (kandyan dancers) - ubrani w lokalne zbroje, niektorzy z bebnami, dalej pod wielkim "parasolem" glowna "szycha" z danej swiatyni - ubrana w tradycyjny stroj. Na koncu slon niosacy relikty z danej swiatyni. W Pereherze, ktora ogladalismy reprezentowaych bylo lacznie 12 swiatyn. Slonie - a jak! - takze maja swoj stroj. Przebrany zwierz z daleka wyglada jak wielka chodzaca pisanka - stroj uszyty jest z placht materialow, dekorowany roznymi cudaami, lacznie z... lampkami. Oczywiscie najbarwniej przystrojony jest slon niosoacy zab Buddy. Sam zab jest niesiony tylko w dzien pelni, w pozostale dni jest niesiona tylko kopia. Jak pisalem wczesniej 4 - 5 sloni to juz wydarzenie podczas "zwyklej" perehery. Kandy perehera liczyla... 67 sloni. Wiem, bo sam liczylem - po syngalezku!

Po „przedstawieniu” wrocilismy do siebie. Bylo juz dobrze po polnocy, gdzyz cala impreza zaczela sie okolo 9, trwala ponad 2 godziny, a jako, ze miejsce w ktorym spalismy bylo w okolicach konca trasy Perehery (mysmy siedzieli na poczatku) musielismy i tak zaczekac az korowod sie skonczy.

Nastepnego dnia mielismy wycieczke wokol Kandy. Podczas zwiedzania jednej z 3 buddyjskich swiatyn Lankijczyk poszedl zapytac kogos o wiek budowli. Wraca i ze skwaszona mina oznajmia – eee, nie jest taka stara, TYLKO 800 lat...

Potem pojechalismy do ogrodu botanicznego Peradeniya - najwiekszego na Sri Lance - bardzo ladne miejsce! Policyjne kontakty znowu sie przydaly - wycieczke odbywalismy nieoznakowanym vanem policyjnym za ktory nie musielismy placic. Po powrocie - okolo 15 - 16 poszlismy jeszcze obejrzec przygotowania do wieczornej perehery. Buddyzm wlasciwie nie jest religia - nie ma boga, tylko pewne zasady, wierzenia, ceremonialy. Hindiuzm z kolei, jest religia, ktora ma wielu bogow (330 miliow), ktorzy sa manifestacja jednego boga (nadboga?). Lokalne mieszanie sie religii powoduje na przyklad, ze chrzescijanie - w razie potrzeby - czcza jakiegos hinduskiego boga czy buddysci inkorporuja jakies bostwa do swoich potrzeb. Jednym z popularniejszych hinduskich bogow przejetych przez buddystow jest Katragama, podrozujacy na pawiu majacy 6 twarzy. Przygotowania, ktore widzielismy byly wlasnie w swiatyni poswieconej temu bogu. Jako, ze ogladane przygotwania byly dosyc pozno, a ulice byly juz zamkniete, znowu skorzystalismy z policyjnych ukladow...

Za drugim razem ogladalismy Perehere z balkonu naszego budynku - musze przyznac, ze bylo to wygodniejsze i nie wymagalo 2 godzinnego czekania. Wlasnie drugiego dnia "zmuszono" mnie do wspomnianego liczenia 67 sloni.

Przed polnoca poszlismy jescze do swiatyni na jednym ze wzgorz wokol Kandy – mielismy widok na cale miasto i generalnie panowala bardzo relaksujaca atmosfera.

Kolejna rzecz, ktora moze szokowac (i szokuje) Europejczykow to wszechobecne... swastyki. Jest to buddyjski oraz hinduski symbol slonca / szczescia i ma takze znaczenie w tradycji leczniczej - ayurwedzie. Europejskie doswiadczenia z II wojy swiatowej maja jednak wplyw na zupelnie inne postrzeganie tego symbolu przez turystow...

3 dzien pobytu w Kandy przypadal juz na sam dzien pelni. Postanowilismy ze nie bedziemy juz po raz trzeci ogladac perehery i wracamy wczesniej do Colombo, zeby uniknac korkow. Nasze plany zostaly nieco pokrzyzowane i sam wyjazd opoznil sie o kilka godzin... Miejsce w ktorym nocowalismy to byla sala konferencyjna, gdzie spalismy na podlodze na matach. Najgorszym elementem tego pomieszczenia bylo to, ze nie mialo ... drzwi, wiec teoretycznie inne osoby, ktore byly w budynku mogly sie do nas dostac. No i... dostaly sie. Rano okazalo sie, ze aparat Tomka- praktykanta z Polski wyparowal. Poszukiwania zdaly sie na nic. W drodze powrotnej zatrzymalismy sie przy posterunku policji, zeby zglosic kradziez, co mialo zabrac 20 minut. Trwalo 3 godziny, ale mozna sie bylo spodziewac. Pozniejsze losy zgloszenia byly dosyc ciekawe. Samego aparatu do dzis nie udalo sie odnalezc mimo policyjnych kontaktow, ale... chyba, zeby pokazac przed ojcem naszego kolegi, ze cos sie dzieje, albo nam pokazac, ze cos sie dzieje - aresztowano 3 osoby z obslugi tego miesjca, gdzie nocowalismy. Jeden z aresztowanych po "przesluchaniu" wyladowal w szpitalu...

Na posterunek nie poszli wszyscy - czesc z nas czekala w vanie. Obok mielismy rynek z owocami, wiec po pierwszej polgodzinie czekania co chwile mielismy wycieczki po rozne owoce. Najwieksza furore zrobily ananasy. Za 1 zl mozna bylo kupic spory owoc, obrany i gotowy do konsumpcji. Chyba pierwszy raz w życiu mialem dosc ananasow...
Do Colombo wrocilismy juz bez przygod....

Tydzien pozniej udalismy sie do Jaffny - maista na polnocy wyspy na terenach tamilskich, do 2002 roku calkowicie odciete od reszty wyspy, do którego podrozowanie bylo niebezpieczne i zwyczajnie niemozliwe... ale o tym w nastepnym poscie.

Sunday, July 30, 2006

There is no business like showbusiness (Sri Lanka - c.d.)

[Sri Lanka 05.08.03]

Pora na kolejne wieści z - jak to ktoś ładnie określił - Herbaciarni.

Skoro Herbaciarnia, to wypadałoby zacząć od samej herbaty. Jak pewnie wiecie - Sri Lanka słynie z uprawy tego krzewu i bardzo możliwe, że to, co pijecie pochodzi właśnie stąd. Jako, że jest to tutaj napoj narodowy, a kawy pije się stosunkowo niewiele, a i to raczej w formie kawy mrozonej niz wrzatku, to to, co u nas zwiemy "coffee breakami" - tudzież "przerwami kawowymi", na Sri Lance nosi nazwę "tea break" - "przerwa herbaciana".

To, co my znamy jako napój zwany herbatą, różni się jednak od tego, co tu uważa się za herbatę. Po pierwsze, pije się tutaj zazwyczaj BAAAARDZO słodką i do tego z mlekiem. "Naszą" herbatę też tu można oczywiście wypić, tylko trzeba zaznaczyć, że chce się tzw. "plain tea", czyli herbatę bez mleka. Jeśli chcemy także bez cukru, należy to dodatkowo podkreślić.
Słowniczek zwrotów przydatnych przy zamawianiu herbaty (czyta się tak jak napisane, chyba, że jest napisane inaczej ;-):
- te (e przedłużone) / tea eka - herbata
- plain tea - herbata bez mleka
- kiri epa - bez mleka
- sini epa - bez cukru
- kiri epa, cini epa - bez mleka i bez cukru
- in-guru te - herbata z imbirem (podawana jest zazwyczaj standardowo bez mleka, ale z cukrem)
- ... denne - poproszę o... (dosłownie: daj...)

Najciekawszą rzeczą dotyczącą herbaty i Sri Lanki jest to, że plantacje krzewów herbacianych zasadzono tu przez przypadek, z desperacji i dopiero w II połowie XIX wieku. A wszystko dlatego, że wcześniej uprawiana tu roślina - kawa - została zaatakowana przez pasożyty, robaki, czy co tam kawę atakuje...

Nie tylko herbata ma tu intensywnie słodki smak. Wszystko jest tu intensywne. Ciastka w cukierni - niektórych rozbolałyby zęby już na sam widok. Jak potrawy są pikantne, to są PIKANTNE. Intensywny jest też - wspominany już - ruch lewostronny. Tak sobie myślę, że niewielka przestrześ osobista, jaką mają tutejsi obywatele daje się tak samo obserwować w ruchu ulicznym. Odleglości w jakich jadą obok siebie lub mijają samochody i inne pojazdy, przyprawiłyby większość naszych kierowców o palpitacje serca. Czasami można te odległości mierzyć dosłownie w milimetrach...

Co ciekawe (dla niektorych bardziej, dla niektorych wręcz przeciwnie), niewielka prezestrzeń osobista objawia się tu właściwie między osobnikami płci tej samej. Normalnym jest, że faceci się obejmują czy idą trzymając się za ręce i nie ma to w żadnej mierze aspektu seksualnego. Za to fizyczny kontakt między chłopakiem i dziewczyną to tu poważna sprawa. Wszelkiego rodzaju publiczne całowania są niedozwlone, a i trzymanie się za ręce jest już wydarzeniem. Do tego można dorzucić, że rodzice wymagają, zeby 20-paru-letnia dziewczyna wracala do domu o... 20.00 (!) I wraca....

Teraz może trochę o wydarzeniach kulturalno - krajoznawczych. Ubiegły weekend to moja pierwsza większa wyprawa poza Colombo (nie licząc plaży). Ja, drugi Polak, 2 Kanadyjczyków, Słowenka i Norweg wybraliśmy się na wycieczkę do Sigirii. Jest to niesamowicie ciekawe miejsce. Na srodku równiny wyrasta z ziemi 200-metrowej wysokości skała. Nie jest to twór, który ma coś, co można nazwać zboczami, czy skałami, jest to raczej sześcian z prawie pionowymi scianami i płaskim szcztem.
Wchodzi sie na górę po metalowych schodach zbudowanych w latach 30-tych XX wieku, które mogą przyprawić o zawroty głowy – mnie przyprawiły!

Na skale, w V w. n.e., jeden z władców - Kasyapa - wybudował fortecę. Z dwupiętrowego budynku, do którego na szczyt skały doprowadzano ieżącą wodę, do dziś przetrwały jedynie fundamenty. W skale, poniżej szczytu znajdowały sie miejsca dla strażnikow. Były to niewielkie "półki" skalne, których cechą charakterystyczną było to, że nie były płaskie, co powodowało, że taki strażnik - albo czuwał i się utrzymywał, dosłownie i w przenośni, na stanowisku - albo zasypiał i... spadał w przepaść. Sigiriya to także miejsce, gdzie znajdują się najbardziej znane lankijskie malowidła naskalne. Jeśli kiedyś zobaczycie jakiekolwiek zdjęcia tego typu sztuki ze SL - pochodzą właśnie z Sigirii. Ale S. to nie tylko skala i to, co na niej ale też kilkanaście hektarow wokół (głównie - oczywiscie ruiny, w postaci fundamentów). Jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że w czasach, kiedy to wszystko powstawalo nasi przodkowie biegali po lasach w skórach i mieszkali w szałasach - robi to jeszcze większe wrażenie.

Po drodze do Sigirii zatrzymaliśmy się na noc w miejscowości Dambulla, którą zwiedziliśmy w drodze powrotnej. Spaliśmy w "Oasis - Tourist Welfare Center" - jeśli kiedyś tam będziecie, zaprzyjaźnijcie się z Edmunem (pisnownia prawidłowa) - właścicielem - najlepiej uczynić to z użyciem araku lub innych trunków.

W Dambulla do zobaczenia jest właściwie jedna atrakcja - skalna świątynia, a właściwie kompleks światyń buddyjskich umieszczonych pod nawisem skalnym. Z przodu dobudowano ścianę i już. W środku posągi Buddy - siedzącego, leżącego lub umierającego. Jak mi powiedziano - różnica pomiędzy Buddą śpiącym a umierającym jest taka, że umierający ma stopy przesunięte względem siebie, a śpiący ma je ułożone równo. Co ciekawe - śpiący Budda ma otwarte oczy. Pamiętajcie, żeby bilety kupić przed wspięciem się na skałę. Kasa jest na dole a strażnicy na górze nieprzekupni. Zapominalscy mogą wrócić (kto nie ma w głowie, ten ma w nogach?) lub skorzystać z usług "gońca", który za parę rupii pokona drogę na dół i z powrotem z uśmiechem na twarzy.

Poniżej świątyni skalnej znajduje się "normalna" świątynia buddyjska z największym na świecie posągiem Buddy siedzącym w jakiejśtam pozycji - posąg ma kolor złoty i wysokość 6 - 7 pieter.

Dambulla znajduje sie 4 h jazdy autobusem od Colombo. Dystans nie jest duży - to zaledwie 160 km, ale tutejsze drogi i styl jazdy nie pozwalają na szybsze podróżowanie.

Drugie z wydarzeń, o którym warto wspomnieć, to święto hinduistyczne, ale zanim o samym święcie - nieco wprowadzenia. Sri Lanka to pańswo buddyjskie (buddyzm jest wymieniany jako religia państwowa w konstytucji) zamieszkałe w ponad 70 % przez Syngalezów. Druga, co do wielkości, grupa etniczna to Tamilowie, którzy przybyli na SL w 2 turach - 2 000 lat temu (Tamilowie lankijscy) i w XIX wieku (Tamilowie indyjscy, których przywieźli Brytyjczycy do pracy przy uprawie herbaty). Tamilskei Tygrysy rekrutują soę głównie z tych z 1szej tury. Tamilowie, pochodzący z Indii to hinduiści lub chrześcijanie. Jako, że Tamilowie lankijscy to dawni wojownicy, a więc kasty wysokie, a Tamilowie indyjscy to robotnicy, czyli kasty niskie, jedni z drugimi nie chcą mieć zbyt wiele wspólnego.

Co ciekawe, a może raczej smutne - mimo, że Syngalezi, Tamilowie, chrzescijanie, muzułmanie żyją obok siebie, pracują ze sobą; mimo, że przy ulicach stoją posągi Buddy, Chrystusa lub bóstw hinduskich, wszystkie te grupy bardzo mało wiedzą o sobie na wzajem, o swoich zwyczajach i tradycjach. W sobotę - własciwie przez przypadek - udało nam się zobaczyć BARDZO ciekawe święto hinduistyczne. AIESECowcy - syngalezi, którzy byli z nami, sami widzieli je po raz pierwszy. Co więcej, część koleżanek pochodzących ze Sri Lanki była chyba bardziej zaszokowana niż my - cudzoziemcy... ale o co chodzi?

Co roku, każda świątynia hinduistyczna (buddyjska też, ale to zupełnie inna historia) orgranizuje procesję. Procesja to okazja do podziękowania bóstwom za spełnienie próśb i wysłuchanie modlitw... Procesja zaczyna się rano - około 6 i wędruje ulicami miasta. Finał następuje po południu - tam, gdzie myśmy byli - okolo 16. Na czele Hindusi ciągną na dwóch linach wielkie powozy (ratha). Są one bardzo kolorowe, a wykonane z rzeźbionego drewna. Moje skojarzenie to dynia z „Kopciuszka” - ze względu na kształt. Ratha ma wysokość 4 - 5 metrów. Powóz ciągnięty jest przez grupę mężczyzn - 1-sza lina i grupę kobiet - 2-ga lina. W samym powozie jedzie kilu (chyba) kapłanów. Kiedy procesja kończy bieg przed każdym z powozów ludzie rozbijają orzechy kokosowe jako dary dla bogów.

Między powozami idą pielgrzymi. I teraz zaczyna się ciekawa część... jako dziękczynienie za spełnienie modlitw wykonuje się tu np... udział w pielgrzymce polegający na turlaniu się po ziemi wzdłuż całej trasy. Brało w tym udzial kilku mężczyzn - było to coś na co wszyscy zwracali uwagę - polewano przed nimi asfalt wodą, na łokciach i kolanach mieli ochraniacze. Było też kilka kobiet - ale nimi nikt nie zawracał sobie specjalnie głowy - po prostu ubłocone sari, do tego kilka innych kobiet pomagających sie turlać. Na samym końcu procesji turlał się młody chłopak - może 15 - 17 lat –jeszcze nie uznany za mężczyznę, ale już nie wypada mu dołączać do kobiet?

Oprócz "turlających się", część mężczyzn - wszystko w ramach dziękczynienia - miało skóre na plecach poprzebijaną hakami. Do haków przyczepione były linki, które trzymała inna osoba. Każdy z "przekłutych" szedł tańcząc ekstatycznie czy wręcz wyrywając się i poddając, co powodowało, że skóra bylła bardzo naciągnięta. Jak nam powiedziano - to balansowanie pozwala nie odczuwać bólu. Mimo przekłucia skóry nie było żadnej krwi.

Ale poprzekłuwane plecy, to jeszcze nic... Niektrzy pielgrzymi miały poprzebijane policzki - taki drut, który wchodzi jednym policzkiem a wychodzi drugim. Też bezkrwawe.

To, że uczestnicy procesji byli "prowadzeni" na linach z hakami to jeszcze nic... Jechało w ramach procesji kilka ciężarówek, które miały przymocowany specjalny drąg wystający na o.k. 2,5 m przed kabiną kierowcy. Na drągach zaczepieni poziomo, zwisali na hakach kolejni pielgrzymi. Wystarczy 10 miejsc przekłucia skóry, żeby utrzymać bez żadnej innej pomocy dorosłego mężczyznę.

Z różnego rodzaju hakami w ciele w procesji wzięło udział kilkanaście osób. I ciągle trzeba pamiętać, że to wszystko nie było karą ani samoumartwianiem się, ale sposobem wyrażenie wdzięczności za spełnione modlitwy. Chyba to jest najtrudniejsze do zrozumienia (zaakceptowania?) dla przedstawiciela zachodniej kultury - że takie ceremonie nie są karą.

Jeśli już o tym, co trudne do zaakceptowania - biali ludzie są tu zazwyczaj witani zdaniami typu - "witaj przyjacielu, skąd jesteś?". Na początku jest to naprawdę miłe i z uporem godnym lepszej sprawy tłumaczy się „Poland... No, NOT Holland, closer to Russia… blah, blah”. Ale po miesiącu robi się to już... lekko mówiąc – irytujące. Odpowiedź, ktorą od paru dni udzielam na tego tupy pytania to: "I'm from Colombo!". I jest to odpowiedź, najtrudniejsza do zrozumienia dla tubylców. Podejrzewam, że prędzej uwierzyliby w spotkanie z Marsjaninem niż w to, że biały może "pochodzić" z Colombo...

Pobyt tu to nie tylko inna kultura. To także ciekawe możliwości. Możliwości wynikające z faktu bycia... białym. Jak to okresliła Kanadyjka - na Sri Lance "It's funny to be white" - i to chyba oddaje istotę sprawy. Bo z jednej strony - mimo wszystko większy szacunek, a z drugiej - oszukują na cenach jak mogą....Z jednej strony "hello my friend", z drugiej bywa, że nie można się zupełnie porozumieć, ale cóż...

Inny przejaw tutejszego "rasizmu" to moja ostatnia wizyta na lotnisku, z którego odbieraliśmy 3 Japonki. Parę lat temu Tamilksie Tygrysy przypuściły atak na lotnisko, czyniąc duże straty, więc jest to obiekt intensywnie chroniony. Są policyjne blokady przed wjazdem i sprawdzanie wszelkich większych (i mniejszych) pojazdów... ale biała osoba wewnątrz to właściwie gwarancja, że taki samochód może jechać bez kontroli. Do tego nie można tutaj wejść do poczekalni w hali przylotów, chyba, że za opłatą. Nie dość tego, że nie można wejść - trzeba czekać w specjalnej strefie, która jest kilkadziesiąt metrów od wyjścia. Oczywiście można próbować pochpdzić bliżej wyjścia, ale tubylcy są proszeni przez policję o wracanie na miejsce. Chwilę później znowu próbują, znowu są wyganiani i tak przez cały czas. W strefie między wyjściem, a „bezpłatną poczekalnią” przebywać mogą właściwie tylko przylatujący, którzy pakują się do taksówek. No i ... biali. W tej strefie, z której po 5 minutach wyrzucili wszystkich lokalnych aiesecowców mogłem sobie swobodnie łazić (bez udawania, że właśnie przyleciałem) nie niepokojony przez nikogo...

Wracajac do sedna sprawy i wytłumaczenia tematu "there is no business like showbusiness". Na Sri Lance kręcony jest właśnie film o Matce Teresie z Kalkuty. Robią go Włosi, więc miejmy nadzieję (właściwie to głównie ja mam nadzieję), że pokażą go prędzej czy później też w Polsce. Do filmu potrzebni byli biali statyści, więc... To ciekawe doświadczenie zobaczyć jak wygląda kręcenie filmu. Naciekawsze jest to, że kilkuminutowa (2 - 3 min) scena kręcona bywa przez cały dzień. Powtórki, więcej powtórek, inne ujęcia, powtórki innego ujęcia, powtórka wcześniejszego ujęcia, itd. Najwięcej radości dostarczyły jednak kostiumy - tym bardziej, że część akcji, do ktorej potrzebni byliśmy jako statyści to lata 50-te. Oprócz walorów poznawczo – przygodowych, udział w filmie to też:
- lepsze jedzenie za darmo (zazwyczaj szwedzki bufet)
- 40 USD za dzień - to 1/3 mojej miesięcznej pensji, więc naprawdę się opłaca!

(dopisek z 30 lipca ’06): Czyż życie nie bywa zabawne? Trzy lata po „występie” w filmie, którego akcja działa się w Kalkucie, mieszkam w prawdziwej Kalkucie. A ha, film był pokazywany w Polsce na Boże Narodzenie ’05. Tylko i wyłącznie statyści ratują tę produkcję. Kiedyś może napiszę jakąś recenzję...

Saturday, July 29, 2006

Sri Lanka - początek

[Sri Lanka - czerwiec 2003]

Witam!
Piszę to we czwartek (12 czerwca 2003), po 2 dniach spędzonych w Colombo. Ciekawe kiedy to czytacie, bo na razie nie mam dostępu do Internetu, ale mam nadzieje, że się to szybko zmieni.


Podróż. To chyba dobrze (przynajmniej z mojego punktu widzenia), ale właściwie nie mam o czym pisać. Warszawa => Wiedeń, 2,5 h czekania => Colombo. Na docelowym lotnisku też bez problemu. Tylko na walizkę poczekałem chyba ze 40 minut, ale w końcu się pojawił (gdy już zastanawiałem się, gdzie zgłasza się zagubienie bagażu).


Pogoda. Pierwszy haust powietrza to lekkie zdziwienie. Weźcie haust pary znad czajnika i będziecie wiedzieć o co chodzi. Ale po kilku sekundach się przyzwyczajasz. Wrażenie powraca, kiedy wyjdzie się z klimatyzowanego wnętrza.

Na razie nie padało (nie licząc dwóch pięciominutowych mżawek), temperatura to 25-30 i więcej stopni. Powietrze jest wilgotne. I tu pojawiają sie dwie szkoły co do wplwy wilgotności na odczuwanie temperatury (i samopoczucie generalnie). Ja osobiście wolę wilgotne 35 stopni od suchych 35. Inne osoby nie znoszą wilgotnych upałów twierdząc, że wilgotne 35 to tak jak suche 40...

W nocy śpi się z włączonymi wentylatorami. Szczerze mówiąc obawiałem się, że będzie nieco gorzej z warunkami atmosferycznymi i moją do nich adaptacją, ale wydaje się, że jest naprawdę dobrze.

(Dopisek z 20.07.'03): Jednak od czasu do czasu pada. Potrafi być tak, że w ciągu kilku sekund rozpętuje się prawdziwa ulewa. Tak po prostu. Wtedy, po powrocie do domu, tak może wyglądać rozmowa: (zapis autentyczny, autor był jednym z rozmowców, zgadnijcie którym):
- Wróciłeś i już zdążyłeś wziąć prysznic?
- Nie brałem jeszcze prysznica, własnie wszedłem.

Temperatury bywaja zróżnicowane. Jeden, czy dwa dni, to pogoda, która w tutejszym rozumieniu może byż nazwana chłodną - czyli, wtedy, gdy można bez włączonego wentylatora siedzieć w zamkniętym pomieszczeniu i się nie rozpływać (co nie oznacza nie pocić!).


Flora i fauna. Oprócz ludzi (o tym za chwilę); w domu mieszkają z nami mrówki (takie malutkie, ale i dużych też kilka widziałem), komary - ale te to właściwie wpadają od czasu do czasu (szczególnie po południu) i gekony (takie malutkie!). Innych żyjątek (które podobno też bywają) nie udało mi się na raze spotkać.

(Dopisek z 20.07.'03): Udało mi się spotkać i inne żyjątka - karaluchy. Fuj! Najgorzej, że tutaj karaluchy latają. Nie jest to najmilszy widok. Tym bardziej, że wielkością też odbiegają od "naszych". I wcale nie chodzi o to, że tu są mniejsze...

Z perspektywy samolotu Sri Lanka wygląda bardzo zielono, szczególnie, gdy chwilę wcześniej leciało się nad sprawiającymi wrażenie suchych Indiami. Z pewnej wysokości, dopóki nie daje rozróżnic się drzew, widok jest bardzo podoby do polskich lasow. Dopiero potem widać, że większość drzew to... palmy kokosowe. Duuuuuużo ładniejsze niż ta jedna wyskubana plastykowa warszawska na rondzie de Gaule'a.

(Dopisek z 20.07.'03): Moja jedyna dotychczasowa wycieczka poza Colombo to plaża (miejsce o nazwie: Unawatuna) tydzień temu. Czas dojazdu: ok. 3 h autobusem. Wyobraźcie sobie: zatoczka, laguna, łagodne fale uderzające o piaszczysty brzeg porosnięty palmami. Na krańcu jednego z ramion laguny, na wzgórzu buddyjska biała świątynia - stupa. Ze świątynnego wzgórza podziwiać można zachód słonca... śliczne, prawda...

Mieszkaliśmy w czymś, co oni tu nazywają "guest house", a u nas mówiłoby się "hotelik". Mianem "hotel" określa się tu każde miejsce, gdzie... podaje się jedzenie, choćby nie było nawet łóżka. Innymi słowy,polskie bary mleczne należałyby do kategorii "hotel". Wracając do miejsca naszego noclegu - z ofeorwanej ceny 500 rupii (20 zł) za pokój za noclego, udało nam się zejść do 300, czyli 12 zł. Pokój mieści 2 osoby. Więcej płaciliśmy za każdy z posiłków jakie tam jedliśmy.

Z ciekawostek - z Tomkiem, praktykantem z Polski nie chcieliśmy płacić za dużo za śniadanie, więc poszliśmy szukać lokalnych miejsc, gdzie można coś zjeść. Za to samo, co resztę kosztowało 75 rupii od osoby. Myśmy zapłacili razem 50.

Plaża, turyści, cudzoziemcy, pieniądze, a więc i okazja do zrobienia biznesu przez wszelkiej maści lokalnychprzedsiębiorców i "przedsiębiorców":
- kobiet chodzących po plaży z torbami ubrań (polecam! jedne z najlepszych, najtańszych i najtrwalszych ubrań, jakie udało mi się kupić naa Sri Lance);
- handlarzy pamiątek - targować sie! targować się! i jeszcze raz targować się! - można zejść nawet do 25% początkowo oferowanej ceny, a "last price" wcale nie oznacza, że za chwilę nie będzie taniej. Warto jednak przed przystąpieniem do "negocjacji" rozeznać się po okolicy, popytać innych turystów i podróźników, odwiedzić sklepy w Colombo (w miarę możliwości). Może się okazać, że dedykowany sklep pamiątkarski w stolicy sprzeda to samo taniej i jeszcze ładnie zapakuje, a płatność przyjmie kartą (mój ulubiony tego typu sklep w Colombo to Lakmedura - 113, Dharmapala Road, Colombo 07- obok parku "Vihara Mahadevi" - należy wysiąść z autobusu na przystanku "(national) library")
- treserów małpek;
- sprzedawców kokosów
- zaklinaczy węży (w tym kobr królewskich);
- "beach boysów" - lokalnych młodzików oferujących... "rozrywki" starszym białym turystkom.
- bezzębnych dziadków oferujących masaż głowy (i nie tylko). Któregoś pięknego poranka, jeden z kolegów cierpiących na "syndrom dnia następnego" skorzystał z oferty masażu głowy, który według zapewnień oferenta, miał złagodzić ból głowy. Po 10 minutach masażu, kolega... zwymiotował, ale twierdził, że faktycznie, od razu poczuł się lepiej...
- i pewnie jeszcze wielu innych, wyżej nie sklasyfikowanych lub należących do kilku kategorii na raz.

Tacy handlarze to niezła lekcja asertywności i sztuki mowienia "nie". Wszelkie wahanie, czy okazanie zainteresowania oferta, to murowane 15 minut przekonywania, że jednak nic się nie chce kupić.


Jedzenie. MNIAMMM!!!! Da się zjeść kolację za równowartość, mniej wiecej, 68 groszy (!!!). Stosunkowo drogie (w porównaniu do cen dań) są napoje. 1,5 l wody kosztuje mniej więcej 1,8 zl; napoje gazowane (cola i tym podobne) - butelka opojemności 207 ml (!) kosztuje okolo 80gr. Od samego początku (z perspektywy 2 dnia nie brzmi to jeszcze co prawda tak triumfalnie, ale...) jadłem miejscowe rzeczy - bez odwiedzania McDOnalda, którego jeszcze(!) nie widziałem i Pizzy Hut którą juz widziałem.

W przeciwieństwie do osób (cudzoziemców), ktore tu są już od jakiegoś czasu, nie odważyłem się jeszcze na picie wody z kranu.

Na Sri Lance powinno się kręcić wszystkie reklamy napojów, które z założenia pije się chłodzone, a to ze względu na wilgotność powietrza - wszystko, co wyjmie się z lodówki NATYCHMIAST pokrywa się piękną, bujną (czy to własciwe słowo w odniesieniu do wody?) rosą. O ile na napojach wygląda to, w miarę, normalnie, to już gorzej, jeśli zdarza sie to na czekoladzie. Mówi się trudno i wcina dalej.

(Dopisek z 20.07.'03): - Nadal obyło się bez wizyty w Pizza Hut i McDonalds (ciągle nie wiem, gdzie ten ostatni jest). McD jest tu podobno drogi i wizyta tam, to dla praktykantów swoiste przeżycie i nie zdarza sie często. Jedna z praktykantek dostała kiedyś (forma okazania sympatii?) zestaw z McD. Inna osoba była rozczarowana, gdy szef, który zabral ją do PH zamówił... ryż. Warto tu dodać, że typowy posiłek tutaj to ryż-z-czymś-tam.

Supermarket tutaj to sklep o metrażu "większego sklepu osiedlowego" w Polsce, a ceny produktów, czy to w sklepikach, czy w supermarketach właśnie, są takie same. Wynika to z faktu, że na każdym opakowaniu producent umieszcza maksymalną cenędetaliczną (M.R.P. - maximum retail price - tak samo jest np. w Indiach). Bardzo dobre rozwąazanie. Ostatnio udało mi sięwykłócić w supermarkecie o 2 rupie (coś koło 8 gr.)!

Miejscowe wynalazki. Co kraj to obyczaj, nieprawdaż? Czasami to, co widzę dookoła przypomina film "Mis". Talerze nie są co prawda aluminiowe i przykręcane do stołu, ale... żeby było praktycznie, w jadłodajniach (tych niedrogich na pewno - wiem, bo widziałem, w innych nie wiem) talerze podaje się przykryte... plastykową folią (taką, w jaką u nas pakuje się kanapki). Rozwiązanie to ma kilka zalet:
- jeśli klient nie porwie folii i nie upaćka talerza, nie trzeba (teoretycznie) zmywać;
- łatwiej posprzątać składając ze sobą końce folii i zawiązując je (z resztkami w środku);
- klient ma pewność, że powierzchni, z której je, nic przed chwilą nie biegało.

(Dopisek z 20.07.'03): Droższe miejsca nie mają folii na talerzu.

Miejsca, gdzie zazwyczaj się tu je (odnoszę to do praktykantów), to miejsca, gdzie jedzą przede wszystkim miejscowi i biała skóra nie jest tam częstym widokiem (oprócz nas). W Polsce takie miejsca raczej by się omijało szerokim łukiem ze względu na ich wyglad i podejrzenia o brak higieny.

"Dom" (jeszcze w cudzyslowie). Jest (podobno), jak na warunki tutejsze, naprawdę niezły. 4 sypialnie - po 2 osoby w kazdej (mi jako współlokator(ka) trafiła się praktykantka z Finlandii) + kuchnia + łazienka (z bieżącą wodą, co nie jest podobno czymśdostępnym w każdym domu) + salono-przedpokój na dole i na górze (dom jest piętrowy). Mieszka tu w tej chwili 8-9 osób: Finka, 2 Litwinki, Kanadyjka, 3 Rumuni, Norweg i ja + nocują od czasu do czasu miejscowi aiesecowcy. Oprócz nas, w drugim domu mieszkaja: jeszcze jeden Polak, Słowaczka, Kanadyjczyk, Rosjanie, Japonka.

(Dopisek z 20.07.'03): No i już skład się zmienił: po skończonych praktykach wyjechał jeden Rumun i Litwinka. Szkoda, bo akurat te osoby były jednymi z fajniejszych. Pojawili sie za to 2 Holendrzy. Ja jutro (oby!) zmieniam lóżko, choć zostaję w tym samym pokoju, a za tygodnie zmieniam pokój. Każda z tych zmian, to zmiana na lepsze, więc się cieszę.

A najtrudniej poradzić sobie z... ... lewostronnym ruchem ulicznym. Lata wbijania dziciom do głowy "najpierw w lewo, potem w prawo i jeszcze raz w lewo, i jeśli nic nie jedzie, to przechodzimy" zrobiły swoje. Mimo, że na poziome świadomym, wiem, że tutaj powinno się najpierw spojrzec W PRAWO, to odruch jest inny... To samo na środku jezdni, zamiast w lewo, odruchowo patrzy się w prawo. A jak jest skrzyżowanie/ zakręt to juz w ogóle katastrofa, żeby zgadnąć, gdzie patrzeć najpierw...