Sunday, July 30, 2006

There is no business like showbusiness (Sri Lanka - c.d.)

[Sri Lanka 05.08.03]

Pora na kolejne wieści z - jak to ktoś ładnie określił - Herbaciarni.

Skoro Herbaciarnia, to wypadałoby zacząć od samej herbaty. Jak pewnie wiecie - Sri Lanka słynie z uprawy tego krzewu i bardzo możliwe, że to, co pijecie pochodzi właśnie stąd. Jako, że jest to tutaj napoj narodowy, a kawy pije się stosunkowo niewiele, a i to raczej w formie kawy mrozonej niz wrzatku, to to, co u nas zwiemy "coffee breakami" - tudzież "przerwami kawowymi", na Sri Lance nosi nazwę "tea break" - "przerwa herbaciana".

To, co my znamy jako napój zwany herbatą, różni się jednak od tego, co tu uważa się za herbatę. Po pierwsze, pije się tutaj zazwyczaj BAAAARDZO słodką i do tego z mlekiem. "Naszą" herbatę też tu można oczywiście wypić, tylko trzeba zaznaczyć, że chce się tzw. "plain tea", czyli herbatę bez mleka. Jeśli chcemy także bez cukru, należy to dodatkowo podkreślić.
Słowniczek zwrotów przydatnych przy zamawianiu herbaty (czyta się tak jak napisane, chyba, że jest napisane inaczej ;-):
- te (e przedłużone) / tea eka - herbata
- plain tea - herbata bez mleka
- kiri epa - bez mleka
- sini epa - bez cukru
- kiri epa, cini epa - bez mleka i bez cukru
- in-guru te - herbata z imbirem (podawana jest zazwyczaj standardowo bez mleka, ale z cukrem)
- ... denne - poproszę o... (dosłownie: daj...)

Najciekawszą rzeczą dotyczącą herbaty i Sri Lanki jest to, że plantacje krzewów herbacianych zasadzono tu przez przypadek, z desperacji i dopiero w II połowie XIX wieku. A wszystko dlatego, że wcześniej uprawiana tu roślina - kawa - została zaatakowana przez pasożyty, robaki, czy co tam kawę atakuje...

Nie tylko herbata ma tu intensywnie słodki smak. Wszystko jest tu intensywne. Ciastka w cukierni - niektórych rozbolałyby zęby już na sam widok. Jak potrawy są pikantne, to są PIKANTNE. Intensywny jest też - wspominany już - ruch lewostronny. Tak sobie myślę, że niewielka przestrześ osobista, jaką mają tutejsi obywatele daje się tak samo obserwować w ruchu ulicznym. Odleglości w jakich jadą obok siebie lub mijają samochody i inne pojazdy, przyprawiłyby większość naszych kierowców o palpitacje serca. Czasami można te odległości mierzyć dosłownie w milimetrach...

Co ciekawe (dla niektorych bardziej, dla niektorych wręcz przeciwnie), niewielka prezestrzeń osobista objawia się tu właściwie między osobnikami płci tej samej. Normalnym jest, że faceci się obejmują czy idą trzymając się za ręce i nie ma to w żadnej mierze aspektu seksualnego. Za to fizyczny kontakt między chłopakiem i dziewczyną to tu poważna sprawa. Wszelkiego rodzaju publiczne całowania są niedozwlone, a i trzymanie się za ręce jest już wydarzeniem. Do tego można dorzucić, że rodzice wymagają, zeby 20-paru-letnia dziewczyna wracala do domu o... 20.00 (!) I wraca....

Teraz może trochę o wydarzeniach kulturalno - krajoznawczych. Ubiegły weekend to moja pierwsza większa wyprawa poza Colombo (nie licząc plaży). Ja, drugi Polak, 2 Kanadyjczyków, Słowenka i Norweg wybraliśmy się na wycieczkę do Sigirii. Jest to niesamowicie ciekawe miejsce. Na srodku równiny wyrasta z ziemi 200-metrowej wysokości skała. Nie jest to twór, który ma coś, co można nazwać zboczami, czy skałami, jest to raczej sześcian z prawie pionowymi scianami i płaskim szcztem.
Wchodzi sie na górę po metalowych schodach zbudowanych w latach 30-tych XX wieku, które mogą przyprawić o zawroty głowy – mnie przyprawiły!

Na skale, w V w. n.e., jeden z władców - Kasyapa - wybudował fortecę. Z dwupiętrowego budynku, do którego na szczyt skały doprowadzano ieżącą wodę, do dziś przetrwały jedynie fundamenty. W skale, poniżej szczytu znajdowały sie miejsca dla strażnikow. Były to niewielkie "półki" skalne, których cechą charakterystyczną było to, że nie były płaskie, co powodowało, że taki strażnik - albo czuwał i się utrzymywał, dosłownie i w przenośni, na stanowisku - albo zasypiał i... spadał w przepaść. Sigiriya to także miejsce, gdzie znajdują się najbardziej znane lankijskie malowidła naskalne. Jeśli kiedyś zobaczycie jakiekolwiek zdjęcia tego typu sztuki ze SL - pochodzą właśnie z Sigirii. Ale S. to nie tylko skala i to, co na niej ale też kilkanaście hektarow wokół (głównie - oczywiscie ruiny, w postaci fundamentów). Jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że w czasach, kiedy to wszystko powstawalo nasi przodkowie biegali po lasach w skórach i mieszkali w szałasach - robi to jeszcze większe wrażenie.

Po drodze do Sigirii zatrzymaliśmy się na noc w miejscowości Dambulla, którą zwiedziliśmy w drodze powrotnej. Spaliśmy w "Oasis - Tourist Welfare Center" - jeśli kiedyś tam będziecie, zaprzyjaźnijcie się z Edmunem (pisnownia prawidłowa) - właścicielem - najlepiej uczynić to z użyciem araku lub innych trunków.

W Dambulla do zobaczenia jest właściwie jedna atrakcja - skalna świątynia, a właściwie kompleks światyń buddyjskich umieszczonych pod nawisem skalnym. Z przodu dobudowano ścianę i już. W środku posągi Buddy - siedzącego, leżącego lub umierającego. Jak mi powiedziano - różnica pomiędzy Buddą śpiącym a umierającym jest taka, że umierający ma stopy przesunięte względem siebie, a śpiący ma je ułożone równo. Co ciekawe - śpiący Budda ma otwarte oczy. Pamiętajcie, żeby bilety kupić przed wspięciem się na skałę. Kasa jest na dole a strażnicy na górze nieprzekupni. Zapominalscy mogą wrócić (kto nie ma w głowie, ten ma w nogach?) lub skorzystać z usług "gońca", który za parę rupii pokona drogę na dół i z powrotem z uśmiechem na twarzy.

Poniżej świątyni skalnej znajduje się "normalna" świątynia buddyjska z największym na świecie posągiem Buddy siedzącym w jakiejśtam pozycji - posąg ma kolor złoty i wysokość 6 - 7 pieter.

Dambulla znajduje sie 4 h jazdy autobusem od Colombo. Dystans nie jest duży - to zaledwie 160 km, ale tutejsze drogi i styl jazdy nie pozwalają na szybsze podróżowanie.

Drugie z wydarzeń, o którym warto wspomnieć, to święto hinduistyczne, ale zanim o samym święcie - nieco wprowadzenia. Sri Lanka to pańswo buddyjskie (buddyzm jest wymieniany jako religia państwowa w konstytucji) zamieszkałe w ponad 70 % przez Syngalezów. Druga, co do wielkości, grupa etniczna to Tamilowie, którzy przybyli na SL w 2 turach - 2 000 lat temu (Tamilowie lankijscy) i w XIX wieku (Tamilowie indyjscy, których przywieźli Brytyjczycy do pracy przy uprawie herbaty). Tamilskei Tygrysy rekrutują soę głównie z tych z 1szej tury. Tamilowie, pochodzący z Indii to hinduiści lub chrześcijanie. Jako, że Tamilowie lankijscy to dawni wojownicy, a więc kasty wysokie, a Tamilowie indyjscy to robotnicy, czyli kasty niskie, jedni z drugimi nie chcą mieć zbyt wiele wspólnego.

Co ciekawe, a może raczej smutne - mimo, że Syngalezi, Tamilowie, chrzescijanie, muzułmanie żyją obok siebie, pracują ze sobą; mimo, że przy ulicach stoją posągi Buddy, Chrystusa lub bóstw hinduskich, wszystkie te grupy bardzo mało wiedzą o sobie na wzajem, o swoich zwyczajach i tradycjach. W sobotę - własciwie przez przypadek - udało nam się zobaczyć BARDZO ciekawe święto hinduistyczne. AIESECowcy - syngalezi, którzy byli z nami, sami widzieli je po raz pierwszy. Co więcej, część koleżanek pochodzących ze Sri Lanki była chyba bardziej zaszokowana niż my - cudzoziemcy... ale o co chodzi?

Co roku, każda świątynia hinduistyczna (buddyjska też, ale to zupełnie inna historia) orgranizuje procesję. Procesja to okazja do podziękowania bóstwom za spełnienie próśb i wysłuchanie modlitw... Procesja zaczyna się rano - około 6 i wędruje ulicami miasta. Finał następuje po południu - tam, gdzie myśmy byli - okolo 16. Na czele Hindusi ciągną na dwóch linach wielkie powozy (ratha). Są one bardzo kolorowe, a wykonane z rzeźbionego drewna. Moje skojarzenie to dynia z „Kopciuszka” - ze względu na kształt. Ratha ma wysokość 4 - 5 metrów. Powóz ciągnięty jest przez grupę mężczyzn - 1-sza lina i grupę kobiet - 2-ga lina. W samym powozie jedzie kilu (chyba) kapłanów. Kiedy procesja kończy bieg przed każdym z powozów ludzie rozbijają orzechy kokosowe jako dary dla bogów.

Między powozami idą pielgrzymi. I teraz zaczyna się ciekawa część... jako dziękczynienie za spełnienie modlitw wykonuje się tu np... udział w pielgrzymce polegający na turlaniu się po ziemi wzdłuż całej trasy. Brało w tym udzial kilku mężczyzn - było to coś na co wszyscy zwracali uwagę - polewano przed nimi asfalt wodą, na łokciach i kolanach mieli ochraniacze. Było też kilka kobiet - ale nimi nikt nie zawracał sobie specjalnie głowy - po prostu ubłocone sari, do tego kilka innych kobiet pomagających sie turlać. Na samym końcu procesji turlał się młody chłopak - może 15 - 17 lat –jeszcze nie uznany za mężczyznę, ale już nie wypada mu dołączać do kobiet?

Oprócz "turlających się", część mężczyzn - wszystko w ramach dziękczynienia - miało skóre na plecach poprzebijaną hakami. Do haków przyczepione były linki, które trzymała inna osoba. Każdy z "przekłutych" szedł tańcząc ekstatycznie czy wręcz wyrywając się i poddając, co powodowało, że skóra bylła bardzo naciągnięta. Jak nam powiedziano - to balansowanie pozwala nie odczuwać bólu. Mimo przekłucia skóry nie było żadnej krwi.

Ale poprzekłuwane plecy, to jeszcze nic... Niektrzy pielgrzymi miały poprzebijane policzki - taki drut, który wchodzi jednym policzkiem a wychodzi drugim. Też bezkrwawe.

To, że uczestnicy procesji byli "prowadzeni" na linach z hakami to jeszcze nic... Jechało w ramach procesji kilka ciężarówek, które miały przymocowany specjalny drąg wystający na o.k. 2,5 m przed kabiną kierowcy. Na drągach zaczepieni poziomo, zwisali na hakach kolejni pielgrzymi. Wystarczy 10 miejsc przekłucia skóry, żeby utrzymać bez żadnej innej pomocy dorosłego mężczyznę.

Z różnego rodzaju hakami w ciele w procesji wzięło udział kilkanaście osób. I ciągle trzeba pamiętać, że to wszystko nie było karą ani samoumartwianiem się, ale sposobem wyrażenie wdzięczności za spełnione modlitwy. Chyba to jest najtrudniejsze do zrozumienia (zaakceptowania?) dla przedstawiciela zachodniej kultury - że takie ceremonie nie są karą.

Jeśli już o tym, co trudne do zaakceptowania - biali ludzie są tu zazwyczaj witani zdaniami typu - "witaj przyjacielu, skąd jesteś?". Na początku jest to naprawdę miłe i z uporem godnym lepszej sprawy tłumaczy się „Poland... No, NOT Holland, closer to Russia… blah, blah”. Ale po miesiącu robi się to już... lekko mówiąc – irytujące. Odpowiedź, ktorą od paru dni udzielam na tego tupy pytania to: "I'm from Colombo!". I jest to odpowiedź, najtrudniejsza do zrozumienia dla tubylców. Podejrzewam, że prędzej uwierzyliby w spotkanie z Marsjaninem niż w to, że biały może "pochodzić" z Colombo...

Pobyt tu to nie tylko inna kultura. To także ciekawe możliwości. Możliwości wynikające z faktu bycia... białym. Jak to okresliła Kanadyjka - na Sri Lance "It's funny to be white" - i to chyba oddaje istotę sprawy. Bo z jednej strony - mimo wszystko większy szacunek, a z drugiej - oszukują na cenach jak mogą....Z jednej strony "hello my friend", z drugiej bywa, że nie można się zupełnie porozumieć, ale cóż...

Inny przejaw tutejszego "rasizmu" to moja ostatnia wizyta na lotnisku, z którego odbieraliśmy 3 Japonki. Parę lat temu Tamilksie Tygrysy przypuściły atak na lotnisko, czyniąc duże straty, więc jest to obiekt intensywnie chroniony. Są policyjne blokady przed wjazdem i sprawdzanie wszelkich większych (i mniejszych) pojazdów... ale biała osoba wewnątrz to właściwie gwarancja, że taki samochód może jechać bez kontroli. Do tego nie można tutaj wejść do poczekalni w hali przylotów, chyba, że za opłatą. Nie dość tego, że nie można wejść - trzeba czekać w specjalnej strefie, która jest kilkadziesiąt metrów od wyjścia. Oczywiście można próbować pochpdzić bliżej wyjścia, ale tubylcy są proszeni przez policję o wracanie na miejsce. Chwilę później znowu próbują, znowu są wyganiani i tak przez cały czas. W strefie między wyjściem, a „bezpłatną poczekalnią” przebywać mogą właściwie tylko przylatujący, którzy pakują się do taksówek. No i ... biali. W tej strefie, z której po 5 minutach wyrzucili wszystkich lokalnych aiesecowców mogłem sobie swobodnie łazić (bez udawania, że właśnie przyleciałem) nie niepokojony przez nikogo...

Wracajac do sedna sprawy i wytłumaczenia tematu "there is no business like showbusiness". Na Sri Lance kręcony jest właśnie film o Matce Teresie z Kalkuty. Robią go Włosi, więc miejmy nadzieję (właściwie to głównie ja mam nadzieję), że pokażą go prędzej czy później też w Polsce. Do filmu potrzebni byli biali statyści, więc... To ciekawe doświadczenie zobaczyć jak wygląda kręcenie filmu. Naciekawsze jest to, że kilkuminutowa (2 - 3 min) scena kręcona bywa przez cały dzień. Powtórki, więcej powtórek, inne ujęcia, powtórki innego ujęcia, powtórka wcześniejszego ujęcia, itd. Najwięcej radości dostarczyły jednak kostiumy - tym bardziej, że część akcji, do ktorej potrzebni byliśmy jako statyści to lata 50-te. Oprócz walorów poznawczo – przygodowych, udział w filmie to też:
- lepsze jedzenie za darmo (zazwyczaj szwedzki bufet)
- 40 USD za dzień - to 1/3 mojej miesięcznej pensji, więc naprawdę się opłaca!

(dopisek z 30 lipca ’06): Czyż życie nie bywa zabawne? Trzy lata po „występie” w filmie, którego akcja działa się w Kalkucie, mieszkam w prawdziwej Kalkucie. A ha, film był pokazywany w Polsce na Boże Narodzenie ’05. Tylko i wyłącznie statyści ratują tę produkcję. Kiedyś może napiszę jakąś recenzję...

0 Comments:

Post a Comment

Links to this post:

Create a Link

<< Home