Telenowela gwatemalska - pilot serialu
To są historie z roku 2001 z Gwatemali...
Witam,
Oto obiecane i (mam nadzieje) oczekiwane wieści z kraju Majów.
1. Podroż. To był mój pierwszy w życiu lot samolotem. Spodziewałem się nieco większych przeciążeń podczas startu (coś jak na rollercoasterze w wesołym miasteczku), ale było... spokojnie. Fajne są też "wyboje" w powietrzu, kiedy jest "podskok" w górę, potem lekkie opadanie, ale nie ma powtórnego uderzenia o podłoże (w sumie to dobrze…).
Mój lot odbywał się trasą Warszawa – Frankfurt - Mexico City - Guatemala City. W Niemczech była wysiadka z samolotu, przejście bez żadnych odpraw (w końcu lot tranzytowy) do bramki, wsiadka do samolotu i już. Za to Mexico City…
- wysiadka, a potem:
- Przepraszam, lecę do Gwatemali, dokąd mam pójść?
- Proszę iść do odprawy paszportowej, a potem wrócić tutaj.
O.K. Paszport sprawdzili, wbili pieczątkę. Trzeba iść naprzód (jakbym chciał wrócić, którędy przyszedłem, to pewnie panowie strażnicy nie byliby uradowani...). Teraz cło. Jako, że bagaże, zostały nadane tak, że martwić się o nie powinienem dopiero na miejscu, Pani Celniczka była nieco zdziwiona, iż moim jedynym pakunkiem była torba na ramię. Cóż…. W ten oto sposób stanąłem oclony i opaszportowy na ziemi meksykańskiej. Teraz tylko wrócić z powrotem tam, skąd przyszedłem. Okazało się, że jednak się da i... faktycznie wróciłem DOKŁADNIE w miejsce, skąd kazano mi iść do kontroli paszportowej. Może jest w tym jakaś logika..? Wiem jedno - mam fajną pieczątkę w paszporcie.
Teraz do bramki nr 21. A tu... Prosimy pasażerów o udanie się do wyjścia nr 28. Taki 200 metrowy spacerek, ale jest... oto i właściwa bramka.
Z Mexico City wylatywałem około 21.00 ichniego czasu, czyli 3 rano w Polsce. Zaczęło padać, lekka burza. Jak wiecie, Mexico City to największe miasto (czy też obszar miejski) na świecie - w sumie 24 miliony duszyczek. Kiedy wzbiliśmy się w powietrze po horyzont na lewo i na prawo widać było miejskie światła. Co by nie mówić - robi wrażenie!
Udało się. 22.00 - wylądowaliśmy w Guatemala City. Warto chyba wspomnieć, że z W-wy do Frankfurtu i z Mexico City do Guatemala City leciałem takim "samolocikiem", który był właściwie "kurduplem" w porównaniu z maszyną, która "niosła mnie na swoich skrzydłach przez ocean". Nie wiem też ilu z Was ogląda(ło) Jonny'ego Bravo, ale jest taki odcinek, w którym bohater kreskówki leci samolotem, wygląda przez okno, a tam... klown. Jak tylko wsiadłem, od razu mi się to przypomniało, a szczególnie tekst "mamma, there’s a clown on the wing" :)
Lotnisko w Gwatemali wydało się martwe. Pogaszone światła, nikogo nie ma... Na szczęście to tylko pozory. W sekcji z celnikami i odprawą paszportową tętniło życie. Po oddaniu wypełnionej w samolocie deklaracji paszprotowo-pobytowo-celnej czas na odbiór bagaży. I to uczucie - będzie, nie będzie, będzie czy może będzie mi dane przeżyć błogosławieństwo poszukiwania tego, co moje na obcej ziemi. I... na szczęście było!
Przechodzę przez drzwi. Słyszę czyjś krzyk:
- Adam!
(A jednak wyszli po mnie!) Ciekawe czy jeśli samolot byłby o czasie też by czekali, czy ja bym musiał czekać – w koncu to kraj latynoski, a wiec obszar mañana. Pewnie nigdy się nie dowiem... (Późniejszy komentarz: A jednak się dowiedziałem – wszyscy (!) byli o czasie a nawet nieco przed)
Udało się! Jestem w Gwatemali. W Polsce piąta rano.
Po przedstawieniu się sobie (żadnego imienia nie pamiętam, ale to chyba normalne, kiedy przedstawia Ci się ponad 10 osób na raz). Oprócz AIESECowców było paru alumni (to tacy AIESECowcy w stanie spoczynku), w tym, koleś, który swego czasu spędził nieco czasu w Polsce a także - Polka - Eliza, która dwa lata temu pojechała do Gwatemali i tu już została.
Fajnie.
Zanim pojechaliśmy do miejsca, w którym się zatrzymałem padło jedno, proste pytanie:
- Jesteś zmęczony, czy chcesz gdzieś iść?
Po 19 godzinach lotu odpowiedź mogła być tylko jedna – chodźmy gdzieś!
Ale o tym w następnym… odcinku.
Witam,
Oto obiecane i (mam nadzieje) oczekiwane wieści z kraju Majów.
1. Podroż. To był mój pierwszy w życiu lot samolotem. Spodziewałem się nieco większych przeciążeń podczas startu (coś jak na rollercoasterze w wesołym miasteczku), ale było... spokojnie. Fajne są też "wyboje" w powietrzu, kiedy jest "podskok" w górę, potem lekkie opadanie, ale nie ma powtórnego uderzenia o podłoże (w sumie to dobrze…).
Mój lot odbywał się trasą Warszawa – Frankfurt - Mexico City - Guatemala City. W Niemczech była wysiadka z samolotu, przejście bez żadnych odpraw (w końcu lot tranzytowy) do bramki, wsiadka do samolotu i już. Za to Mexico City…
- wysiadka, a potem:
- Przepraszam, lecę do Gwatemali, dokąd mam pójść?
- Proszę iść do odprawy paszportowej, a potem wrócić tutaj.
O.K. Paszport sprawdzili, wbili pieczątkę. Trzeba iść naprzód (jakbym chciał wrócić, którędy przyszedłem, to pewnie panowie strażnicy nie byliby uradowani...). Teraz cło. Jako, że bagaże, zostały nadane tak, że martwić się o nie powinienem dopiero na miejscu, Pani Celniczka była nieco zdziwiona, iż moim jedynym pakunkiem była torba na ramię. Cóż…. W ten oto sposób stanąłem oclony i opaszportowy na ziemi meksykańskiej. Teraz tylko wrócić z powrotem tam, skąd przyszedłem. Okazało się, że jednak się da i... faktycznie wróciłem DOKŁADNIE w miejsce, skąd kazano mi iść do kontroli paszportowej. Może jest w tym jakaś logika..? Wiem jedno - mam fajną pieczątkę w paszporcie.
Teraz do bramki nr 21. A tu... Prosimy pasażerów o udanie się do wyjścia nr 28. Taki 200 metrowy spacerek, ale jest... oto i właściwa bramka.
Z Mexico City wylatywałem około 21.00 ichniego czasu, czyli 3 rano w Polsce. Zaczęło padać, lekka burza. Jak wiecie, Mexico City to największe miasto (czy też obszar miejski) na świecie - w sumie 24 miliony duszyczek. Kiedy wzbiliśmy się w powietrze po horyzont na lewo i na prawo widać było miejskie światła. Co by nie mówić - robi wrażenie!
Udało się. 22.00 - wylądowaliśmy w Guatemala City. Warto chyba wspomnieć, że z W-wy do Frankfurtu i z Mexico City do Guatemala City leciałem takim "samolocikiem", który był właściwie "kurduplem" w porównaniu z maszyną, która "niosła mnie na swoich skrzydłach przez ocean". Nie wiem też ilu z Was ogląda(ło) Jonny'ego Bravo, ale jest taki odcinek, w którym bohater kreskówki leci samolotem, wygląda przez okno, a tam... klown. Jak tylko wsiadłem, od razu mi się to przypomniało, a szczególnie tekst "mamma, there’s a clown on the wing" :)
Lotnisko w Gwatemali wydało się martwe. Pogaszone światła, nikogo nie ma... Na szczęście to tylko pozory. W sekcji z celnikami i odprawą paszportową tętniło życie. Po oddaniu wypełnionej w samolocie deklaracji paszprotowo-pobytowo-celnej czas na odbiór bagaży. I to uczucie - będzie, nie będzie, będzie czy może będzie mi dane przeżyć błogosławieństwo poszukiwania tego, co moje na obcej ziemi. I... na szczęście było!
Przechodzę przez drzwi. Słyszę czyjś krzyk:
- Adam!
(A jednak wyszli po mnie!) Ciekawe czy jeśli samolot byłby o czasie też by czekali, czy ja bym musiał czekać – w koncu to kraj latynoski, a wiec obszar mañana. Pewnie nigdy się nie dowiem... (Późniejszy komentarz: A jednak się dowiedziałem – wszyscy (!) byli o czasie a nawet nieco przed)
Udało się! Jestem w Gwatemali. W Polsce piąta rano.
Po przedstawieniu się sobie (żadnego imienia nie pamiętam, ale to chyba normalne, kiedy przedstawia Ci się ponad 10 osób na raz). Oprócz AIESECowców było paru alumni (to tacy AIESECowcy w stanie spoczynku), w tym, koleś, który swego czasu spędził nieco czasu w Polsce a także - Polka - Eliza, która dwa lata temu pojechała do Gwatemali i tu już została.
Fajnie.
Zanim pojechaliśmy do miejsca, w którym się zatrzymałem padło jedno, proste pytanie:
- Jesteś zmęczony, czy chcesz gdzieś iść?
Po 19 godzinach lotu odpowiedź mogła być tylko jedna – chodźmy gdzieś!
Ale o tym w następnym… odcinku.


0 Comments:
Post a Comment
Links to this post:
Create a Link
<< Home