Telenowela gwatemalska - odcinek 2101
[Gwatemala '01-cd.]
(Numeruję od 2100, bo co to za telenowela, co ma mniej niż 2000 odsłon?)
W poprzednim odcinku... Hi hi, oszczędzę Wam tego.
Z lotniska pojechaliśmy do dziewczyny, u której tymczasowo mieszkam. Zostawiliśmy bagaże i... pojechaliśmy do pubu. Mimo 19 godzin lotu nie czułem się za bardzo zmęczony a to w sumie było mile zaproszenie.
To, co rożni Gwatemalę od Polski, to dźwięki. Np. w pubie było dużo głośniej, ale nie, dlatego, że mówi się tu głośniej, (chociaż śmieje się z pewnością z większą dawką decybeli). Tutaj po prostu wszyscy mówią NA RAZ. Do tego muzyka w tle.
Posiedzieliśmy godzinkę, pogadałem z moją "szefową" – Marią oraz praktykantką z Meksyku i jakimś kolesiem. Około północy (część z Was pewnie się w Polsce budziła, chociaż może nie... bo to była sobota) wróciłem do "domu".
Potem dowiedziałem się, że wszystkie publiczne dyskoteki, puby, etc. muszą być zamknięte do godziny 1.00 ( nie dotyczy to imprez prywatnych).
Następnego dnia rano (HA! Dobre rano) o 13.00, czyli u nas koło 20.00, 0budziłem się, skorzystałem z dobrodziejstw prysznica (przed pójściem spać także, żeby nie było, żem brudas :)
Zanim się zwlokłem na śniadanie było około 14.00 (kto mnie zna lepiej, wie, że w mojej rodzinie to nic niezwykłego, ale biorąc pod uwagę różnicę czasu...
Tego dnia była impreza urodzinowa mojej gospodyni. Pojechaliśmy do tutejszego centrum handlowego. W sumie nie rożni się niczym od Sadyby, Galerii Mokotów, czy tego rodzaju przybytków w kraju nad Wisłą. No, może było tylko trochę mniejsze. Zjedliśmy po kanapce i poszliśmy po zakupy do mieszczącego się na miejscu supermarketu. I, cholera, produkty maja te same! Od Alwaysow po słodycze (oczywiście część asortymentu to produkcja lokalna, ale i tak ogrom stanowią marki globalne. Niech żyje marketing! Zakupy zawieźliśmy do domu brata Tere (tak nazywa się moja gospodyni). Tam też później była impreza.
Impreza jak impreza. W sumie nie wiele różniąca się od tych, które znamy. Właściwie tylko 2 rzeczy były inne - nie wódka, tylko piwo i druga rzecz – brak chętnych na tort urodzinowy (jak to w ogóle możliwe? - tym bardziej, że był smaczny!), który był podany pod koniec imprezy. Reszta tak samo - część rozmawiała, część tańczyła. Mi też zdarzyło się zostać wyciągniętym do jakiegoś latynoskiego tańca. BOŻE! Nie uważam się za osobę, która nie ma pojęcia o tańcu, ale wtedy czułem się jak słoń. TO BYŁO STRASZNE!!!:)
Impreza skończyła się około wpół do trzeciej.
Niedziele spędziłem na spaniu do południa a potem wycieczce do domu Prezydentki AIESEC Guatemala. Mieszka jakieś pół godziny od miejsca, w którym jestem (ale wciąż w obrębie miasta). LUDZISKA. Jaki tam jest widok. Dookoła góry, wulkan (he, he, może przez najbliższe miesiące nie wybuchnie), po prostu super. (Nas dziwi wulkan, tutaj niedowierzanie wzbudziła informacja, że w Polsce wulkanów niet. A co dziwniejsze!– nigdy nie mieliśmy trzęsień ziemi - punkt widzenia zależy od punktu...)
Wieczorem pojechaliśmy do kina na film „Pay it forward” (po polsku „Podaj dalej”). WARTO; WARTO; WARTO, polecam. Kino też właściwie normalne. Jedynie nikogo nie dziwi dzwonek telefonu :)
Teraz dwa słowa o tym jak tu się mieszka i o mieście. Jest większe niż początkowo mi się wydawało. Położone właściwie w górach. "za miedzą" - jak pisałem - wulkan. Właściwie nie ma wysokich budynków ani bloków. Domy jednopiętrowe - choć i tak schowane z dwu- trzy- metrowymi murami. Na (prawie) każdym murze dodatkowo zwoje drutu kolczastego - lepiej niż w Kozlukowie (czyli mojej uczelni - PWSBiA). A to wszystko ze względu na... bezpieczeństwo. Stosunek mieszkańców do policji jest chyba podobny jak nasz w Polsce. Kiedy opowiadałem o włamaniu, którego doświadczyliśmy w Warszawie - naturalną reakcją było pytanie – „I policja oczywiście nic nie zrobiła?”
Za to ciekawy obrazek to panowie ochroniarze (szczególnie banków). Rewolwery większe niż Clint Eastwood kiedykolwiek widział i noszone " za paskiem", a nie w kaburach. Dodatkowo shotguny jak w terminatorze. Co ciekawe, po prostu je ze soba noszą, nie ważne - bank czy MacDonald - zawsze gotowe do strzału. To wszystko "tylko" dlatego, że swego czasu napady na banki oraz konwoje były tu dobrem powszednim. (tak na marginesie - ostatni napad na
konwój był ... dwa dni temu). Co jeszcze dodać o bezpieczeństwie? Pewnie wiecie z wiadomości czy innych mediów, że dwa dni temu uciekło ponad 80 osób z wiezienia. Ciekawostka, że 13 z nich to skazani na śmierć. Jeszce śmieszniejsze, że wszystko odbyło się z udziałem przekupionych strażników. Gdyby nie ich pomoc, nie byłoby (podobno) nic takiego możliwe. W związku z tą sprawą mają tu nieco zamieszania.
Inna sprawa. Ogólnie można znaleźć informacje, że lepiej nie poruszać się tu po zmroku. Nie ma sprawy. Nie wspomnieli tylko, że tu ciemno jest juz o ... 18.30! (nieco mnie to zdziwiło, ale może trzeba było bardziej uważać na lekcjach geografii...).
Ale dosyć tego straszenia. Pisałem już, że czuję się trochę jak w telenoweli, no bo tak - po pierwsze - gosposia. W domu, gdzie jestem nosi dodatkowo taki fartuszek i w ogóle jest niska i gruba. Hi, hi:) Rano podaje śniadanie (nie do łóżka, niestety trzeba się zwlec do jadalni). Kiedy ktoś dzwoni - idzie otworzyć. Po drugie - wnętrze domu, gdzie była impreza urodzinowa mojej gospodyni to też jak żywa dekoracja z produkcji południowoamerykańskich - wchodzi się do hallu, otwarte schody na górę, wszystko wykończone drewnem, ogrom bibelotów. Mają też masę dewocjonaliów. Od figurek, poprzez obrazki, po obrazy i nawet ołtarzyki. Normalnym widokiem jest zdjęcie Jana Pawła II. Nawet na jadnym z murów ktos namalowal recznie (graffitti?) portret papieża. Przyroda - trudno nawet opisać. Np. kolo mojego okna rośnie drzewko pomarańczowe. Najbliższe to jest wrażeniom z okolic Morza Śródziemnego - kto był, wie, co to znaczy...
cdn...
(Numeruję od 2100, bo co to za telenowela, co ma mniej niż 2000 odsłon?)
W poprzednim odcinku... Hi hi, oszczędzę Wam tego.
Z lotniska pojechaliśmy do dziewczyny, u której tymczasowo mieszkam. Zostawiliśmy bagaże i... pojechaliśmy do pubu. Mimo 19 godzin lotu nie czułem się za bardzo zmęczony a to w sumie było mile zaproszenie.
To, co rożni Gwatemalę od Polski, to dźwięki. Np. w pubie było dużo głośniej, ale nie, dlatego, że mówi się tu głośniej, (chociaż śmieje się z pewnością z większą dawką decybeli). Tutaj po prostu wszyscy mówią NA RAZ. Do tego muzyka w tle.
Posiedzieliśmy godzinkę, pogadałem z moją "szefową" – Marią oraz praktykantką z Meksyku i jakimś kolesiem. Około północy (część z Was pewnie się w Polsce budziła, chociaż może nie... bo to była sobota) wróciłem do "domu".
Potem dowiedziałem się, że wszystkie publiczne dyskoteki, puby, etc. muszą być zamknięte do godziny 1.00 ( nie dotyczy to imprez prywatnych).
Następnego dnia rano (HA! Dobre rano) o 13.00, czyli u nas koło 20.00, 0budziłem się, skorzystałem z dobrodziejstw prysznica (przed pójściem spać także, żeby nie było, żem brudas :)
Zanim się zwlokłem na śniadanie było około 14.00 (kto mnie zna lepiej, wie, że w mojej rodzinie to nic niezwykłego, ale biorąc pod uwagę różnicę czasu...
Tego dnia była impreza urodzinowa mojej gospodyni. Pojechaliśmy do tutejszego centrum handlowego. W sumie nie rożni się niczym od Sadyby, Galerii Mokotów, czy tego rodzaju przybytków w kraju nad Wisłą. No, może było tylko trochę mniejsze. Zjedliśmy po kanapce i poszliśmy po zakupy do mieszczącego się na miejscu supermarketu. I, cholera, produkty maja te same! Od Alwaysow po słodycze (oczywiście część asortymentu to produkcja lokalna, ale i tak ogrom stanowią marki globalne. Niech żyje marketing! Zakupy zawieźliśmy do domu brata Tere (tak nazywa się moja gospodyni). Tam też później była impreza.
Impreza jak impreza. W sumie nie wiele różniąca się od tych, które znamy. Właściwie tylko 2 rzeczy były inne - nie wódka, tylko piwo i druga rzecz – brak chętnych na tort urodzinowy (jak to w ogóle możliwe? - tym bardziej, że był smaczny!), który był podany pod koniec imprezy. Reszta tak samo - część rozmawiała, część tańczyła. Mi też zdarzyło się zostać wyciągniętym do jakiegoś latynoskiego tańca. BOŻE! Nie uważam się za osobę, która nie ma pojęcia o tańcu, ale wtedy czułem się jak słoń. TO BYŁO STRASZNE!!!:)
Impreza skończyła się około wpół do trzeciej.
Niedziele spędziłem na spaniu do południa a potem wycieczce do domu Prezydentki AIESEC Guatemala. Mieszka jakieś pół godziny od miejsca, w którym jestem (ale wciąż w obrębie miasta). LUDZISKA. Jaki tam jest widok. Dookoła góry, wulkan (he, he, może przez najbliższe miesiące nie wybuchnie), po prostu super. (Nas dziwi wulkan, tutaj niedowierzanie wzbudziła informacja, że w Polsce wulkanów niet. A co dziwniejsze!– nigdy nie mieliśmy trzęsień ziemi - punkt widzenia zależy od punktu...)
Wieczorem pojechaliśmy do kina na film „Pay it forward” (po polsku „Podaj dalej”). WARTO; WARTO; WARTO, polecam. Kino też właściwie normalne. Jedynie nikogo nie dziwi dzwonek telefonu :)
Teraz dwa słowa o tym jak tu się mieszka i o mieście. Jest większe niż początkowo mi się wydawało. Położone właściwie w górach. "za miedzą" - jak pisałem - wulkan. Właściwie nie ma wysokich budynków ani bloków. Domy jednopiętrowe - choć i tak schowane z dwu- trzy- metrowymi murami. Na (prawie) każdym murze dodatkowo zwoje drutu kolczastego - lepiej niż w Kozlukowie (czyli mojej uczelni - PWSBiA). A to wszystko ze względu na... bezpieczeństwo. Stosunek mieszkańców do policji jest chyba podobny jak nasz w Polsce. Kiedy opowiadałem o włamaniu, którego doświadczyliśmy w Warszawie - naturalną reakcją było pytanie – „I policja oczywiście nic nie zrobiła?”
Za to ciekawy obrazek to panowie ochroniarze (szczególnie banków). Rewolwery większe niż Clint Eastwood kiedykolwiek widział i noszone " za paskiem", a nie w kaburach. Dodatkowo shotguny jak w terminatorze. Co ciekawe, po prostu je ze soba noszą, nie ważne - bank czy MacDonald - zawsze gotowe do strzału. To wszystko "tylko" dlatego, że swego czasu napady na banki oraz konwoje były tu dobrem powszednim. (tak na marginesie - ostatni napad na
konwój był ... dwa dni temu). Co jeszcze dodać o bezpieczeństwie? Pewnie wiecie z wiadomości czy innych mediów, że dwa dni temu uciekło ponad 80 osób z wiezienia. Ciekawostka, że 13 z nich to skazani na śmierć. Jeszce śmieszniejsze, że wszystko odbyło się z udziałem przekupionych strażników. Gdyby nie ich pomoc, nie byłoby (podobno) nic takiego możliwe. W związku z tą sprawą mają tu nieco zamieszania.
Inna sprawa. Ogólnie można znaleźć informacje, że lepiej nie poruszać się tu po zmroku. Nie ma sprawy. Nie wspomnieli tylko, że tu ciemno jest juz o ... 18.30! (nieco mnie to zdziwiło, ale może trzeba było bardziej uważać na lekcjach geografii...).
Ale dosyć tego straszenia. Pisałem już, że czuję się trochę jak w telenoweli, no bo tak - po pierwsze - gosposia. W domu, gdzie jestem nosi dodatkowo taki fartuszek i w ogóle jest niska i gruba. Hi, hi:) Rano podaje śniadanie (nie do łóżka, niestety trzeba się zwlec do jadalni). Kiedy ktoś dzwoni - idzie otworzyć. Po drugie - wnętrze domu, gdzie była impreza urodzinowa mojej gospodyni to też jak żywa dekoracja z produkcji południowoamerykańskich - wchodzi się do hallu, otwarte schody na górę, wszystko wykończone drewnem, ogrom bibelotów. Mają też masę dewocjonaliów. Od figurek, poprzez obrazki, po obrazy i nawet ołtarzyki. Normalnym widokiem jest zdjęcie Jana Pawła II. Nawet na jadnym z murów ktos namalowal recznie (graffitti?) portret papieża. Przyroda - trudno nawet opisać. Np. kolo mojego okna rośnie drzewko pomarańczowe. Najbliższe to jest wrażeniom z okolic Morza Śródziemnego - kto był, wie, co to znaczy...
cdn...


0 Comments:
Post a Comment
Links to this post:
Create a Link
<< Home