Wednesday, July 26, 2006

Odcinek 2105...

...w którym autor jeździ miejscowym transportem publicznym, ponownie odwiedza plażę, dostaje pierwszą wypłatę i spożywa miejscowe "smakołyki".

Ostatatnio zastanawiałem się o czym pisac, ponieważ tutejsze życie zaczyna mi nieco powszednieć i to, co dziwiło, denerwowało, zachwycało na początku jest już normalną częścią mojej egzystencji. Mam jednak nadzieję, że uda mi się Was zaciekawić.

Od jakiegos tygodnia korzystam z tutejszego transportu publicznego. Odbiega on nieco od naszym polskich standardow, ale po kolei... Jeżdżą tu 3 rodzaje autobusow miejskich - dobre, gorsze i beznadziejne. Te najlepsze można porównać do 10-letnich ikarusow obsługujacych jeszcze niektóre polskie miasta.

O tutejszych autobusach trzeba wiedziec kilka rzeczy:
- bilety sprzedaje kierowca (cena w przeliczeniu, to okolo 55 gr.) - maja wiec z glowy problem kontrolerów czy gapowiczów - nie płacisz to nie wsiadasz, proste. O czyms takim jak bilety okresowe to może słyszeli Ci, którzy bywali zagranicą
a pewnie i tak nie do końca wierza, że cos takiego istnieje;
- rozkłady jazdy - już jak pytałem o nie, to było mi głupio, bo jedyna potencjalna odpowiedź mogła brzmiec (i brzmaiała) - "powinny być, ale...";
- przystanki - najgorsze jest to, że jak przychodzi się na przystanek, to nie ma na nim napisane jakie autobusy się łaskawie zatrzymują (jak jakiś jedzie to się na pewno zatrzyma). Kolejność jest taka – najpierw powinieneś wiedzieć na jaki przystanek iść i czym jechać, a potem wsiadać. Jak się nie wie to katastrofa.

A ha. Gdy chce się wysiaść z autobusu, to niezawodnym sposobem jest... gwizdnięcie na kierowcę. Wtedy wie, że ma się zatrzyać. A tak w ogole, to wysiada się i wsiada wszędzie tam, gdzie autobus się zatrzymuje - przystanek, czerone światło, środek ulicy... Jest to możliwe, bo drzwi są cały czas otwarte.

Do tej pory miałem w sumie tylko jedną przygodę związaną z autobusami. Jechalem na zajęcia (o tym zaraz), wsiadłem do autobusu, stałem sobie spokojnie w tłumku. Nagle, na przystanku, odwraca się do pasażerow kierowca (oni tutaj nie są odgrodzenia jak w polskich autobusach) i z tego, co mówił zrozumialem "pan" "koszula" "żółty". Hmmm... Czyżby coś chciał ode mnie? (Byłem jedynym panem w żółtej koszuli). W duchu sobie myslę: „mam nadzieję, że jedyne, czego ode mnie chce, to żebym się przesunął do tyłu i zrobił miejsce... I... na szczęście tak było. Uff!

Innym razem stałem na przystanku, podchodzi chłopaczek i cośtam po ichniemu bla bla. Na co ja, perfekcyjnym hiszpańskim, "nie mowię po hiszpańnsku". Na to on pokazuje mój zegarek. Przez ułamek sekundy pomyślałem, że mu się spodobał i go sobie zażyczył... Ale wystarczyło pokazać
godzinę i to go zadowoliło.


Z innej beczki... Tydzień temu znowu byłem na plaży. W Guatemala City jest okolo 25 stopni, bo polożone 1500 m n.p.m. Plaża, jako, że na poziomie 0m
n.p.m. jest cieplejsza - okolo 36 - 37 stopni. W nocy nie da się spać bez wentylatora wiejącego prosto na Ciebie. Spedzilem tam 3 dni i ... udało mi się tym razem nie spalić. 3 dni basenu, oceanu, upału, słońca, nocnych burz, plaży i nicnierobienia. Wracaliśmy górską drogą (ocean jest odalony o jakies 2-3 godziny od Guatemala City - zalezy od kierowcy :) niesamowite widoki!

Teraz cos bardziej przyziemnego - jak wiecie, albo i nie - obecnie pracuję (kończę 3 tydzień) - jako nauczyciel. Nauczam francuskiego i angielskiego.
Instytucja nazywa się Academia Europea de Idiomas i główna klientela to studenci, firmy, etc. - (prawie) zadnych „bachorów”. Prawie znaczy tyle, że np. w jednej z moich grup, obok 30-to i 20-to latków mam osmiolatka. To w ogóle ciekawy przypadek, bo chodzi na francuski, włoski i (nie jetem pewien) niemiecki. Maja tu taki system, że co tydzień zmieniają lektorów, tak by nie przyzwyczjać studentów do jednego akcentu, wymowy, etc. - za to program jest jeden, więc się przychodzi, sprawdza - grupa ta i ta, faza ta i ta, tydzień ten i ten, więc dziś robimy to i to. W teorii. Bywa tak, że np. idzie się na lekcję do firmy (miałem taki przypadek) i całe zajęcia nic się nie robi, bo... grupa się nie zjawia. Ale to zrozumiale, bo pracują. Albo okazuje, się, że to, co dziś jest w planie, grupa dawno zrobiła, albo nie mają zrobionego czegoś, co teoretycznie powinno być dawno skończone. Do tej pory miałem 3 grupy francuskiego + angielski w firmie sprzedającej energię elektryczną + jedne zajęcia w Czerwonym Krzyzu (też angielski). W firmie miałem Hiszpanów, którzy zarządzają tym przedsiębiorstwem, więc pogadaliśmy sobie o życiu w Gatemali. Obydwu im
się tu nie podoba. Ściślej mówiąc - krajobrazy, przyroda - są piękne, ale uważają Gwatemalczyków za hipokrytów. Dlaczego? Ludzie tutaj mają dosyć
tradycyjne podejście do kwestii damsko - męskich. Myslę, że nawet niektorzy aktywiści z radia Maryja zostaliby tu posądzeni o liberalizm (no, może
przesadzam). Nie do pomyślenia jest, żeby chłopak i dziewczyna mieszkali tutaj bez ślubu, ale normalne jest, że ślub bierze 16-letnia dziewczyna, ktora jest w ciąży. Co z tego, że w wieku lat dwudziestu jest już po rozwodzie? I takie przypadki tutaj są normalne, nie wyjtkowe. Z drugiej strony mężczyzna tutaj to pan i władca - w domu nic nie robi (to rola żony, a raczej gosposi), ale zarabia. Poza tym to, co każdy oficjalnie potępia, potem sam robi. Byle nikt się nie dowiedzial. Dodatkowo - to już raczej kwestia gadulstwa niż hipokryzji – moi Hiszpanie stwierdzili, że jak oni u siebie zamawiają taksówke, to brzmi to tak "poproszę taksówkę". Tutaj brzmi to tak - "dzień dobry, co slychać? U mnie w porządku. Przepraszam, ale chciałym taksówkę, bo muszę z teściową jechać do szpitala. Nie, wszystko w porządku, tylko potrzebne prześwietlenie, etc." W sumie to ciekawe, bo z tego, co wiem Polacy wykazują tendencję do lubienia Gwatemali, za to - jak się przekonałem - Hiszpanie jej nie znoszą (może kompleks konkwistadorów, albo coś takiego?).

A propos taksówek - jest ich tu bardzo mało. Powód prosty - kogo stać na taksówkę, tego stać i na samochód, więc kupuje samochód. Kogo nie stać na
samochód, to i na taksówkę sobie nie pozwoli.

Ale wracajac do szkoły, a co za tym idzie - wyplaty - dostałem wczoraj swój pierwszy czek. Tylko, że źle mi podliczono godziny i za miesiąc dostanę dopłatę.

Przez ostatni tydzień udało mi się zjeść całkiem sporo owocow, z czego parę takich, których istnienia bym nie podejrzewał. Mango, papaja, arbuz, ananas, melon – to tutaj normalka (w Europie też te owoce znamy, prawda?), ale ... jadłem też coś co się nazywa "membrio" - wyglada jak jabłko (myślałem, że to jakaś odmiana), ale w środku jest tylko jedna duża, miękka pestka, tym samym hipoteza o „jabłkowatości” tego owoca obalona! Jest to cudo cholernie kwaśne - cytryny przy tym wydaja się słodkie. W ogóle, to cytryn tu nie używają, tylko limonki - takie małe, wredne, zielone i kwaśniejsze od cytryn. Inna ciekawostka - jak wsponinałem wczesniej - owoce (czasmi) jedzą tutaj z solą. Membrio też. Ale to nie byłbym ja, gdybym nie dopomniał się o ... cukier. O niebo lepsze! Drugi owoc-cudo to coś, co nazywa się pithaja (dopisek późiejszy – nazywa się to również czasami dragon fruit)- z zewnątrz czerwone, a w środku ... nigdy bym nie przypuszczał, że coś co jest jadalne i nie barwione może mieć taki kolor! Jest to wściekle różowe i ma małe czarne pesteczki. Calkiem smaczne. Jadłem jeszcze coś, ale nawet nie wiem jak się to nazywa.

Wczoraj z kolei się wybrałem na Tacos. Pojechaliśmy do baru - nie żadnego exclusivu dla bogatych czy turystów, tylko takiego najnormalniejszego „dla ludu”. Jak w filmie – wystrój miejscowy, muzykanci, lokalne (choć chyba raczej meksykańskie)żzarcie. Bardzo przyjemnie!


Na zakończenie jeszcze dwa "obrazki z życia":

Za oknem biura krzaczek z kwiatkami. A z kwiatka spijał sobie nektar koliber. Przypomina sposobem lotu ważkę i w sumie nie jest dużo większy


Idę ulicą - taka stroma a la Zakopane, a jezdnią toczy się małe awokado...

0 Comments:

Post a Comment

Links to this post:

Create a Link

<< Home